Stara książeczka
W
1992 roku Andrzej Betlej trafił do Chodorowa na Ukrainie. Było upalne lato i
pierwszy wyjazd grupy studentów historii sztuki z Uniwersytetu Jagiellońskiego,
która postawiła sobie ambitnie za zadanie: zinwentaryzowanie zabytków sakralnych
na kresach.
Czysta partyzantka. Fundusze własne,
wyskrobane ze studenckich kieszeni, przelicznik dolara jednak taki, że można
było wynająć autokar; ale już benzynę trzeba było kupować na czarnym rynku, co nie
było ani łatwe, ani tanie, jako, że autokar palił jak smok a Ukrainie właśnie
się przytrafił kryzys paliwowy.
Piętnaście
osób w rozklekotanym autokarze.
Zaczęli
prace inwentaryzacyjne. Zdjęcia, opisy i szperanie po chaszczach porastających przykościelne
cmentarzyki i placyki. Jednym z ostatnich inwentaryzowanych kościołów był właśnie
Chodorów.
A tam istny skarbiec.
Ksiądz
Augustyn Mednis – jak mówił o sobie, Kurlandczyk – spolonizowany Łotysz,
gromadził wszystko, co stare. To, co się walało po chłopskich chałupach i
zalegało na strychach i w szopach, a przede wszystkim, to, co znajdował w
opuszczonych kościołach.
- Chronię pamiątki kościoła uratowane z
katastrofy Ojczyzny – powtarzał zawsze.
Jedną
z rzeczy, które pokazał była niewielka książeczka. Jak do nabożeństwa.
Przyniósł ją księdzu miejscowy organista, którego matka z Wołynia pochodziła.
On
to właśnie tę książeczkę, starą bardzo, ofiarował księdzu, wiedząc, ze taka
rzecz zapewne go zainteresuje. Pierwsza strona zaczynała się inwokacją:
„W
IMIĘ BOGA W TROYCY ŚWIĘTEY JEDYNEGO”, ale dalej już o religii było niewiele. Data
wydania: 1791 rok. Pierwodruk „Ustawy Rządowej”. Czyli „Prawa Uchwalonego 3. Maia,
roku 1791”
nakładem Drukarni Uprzywileiowaney M. Grolla.
Nie
mniej ni więcej, było to pierwsze wydanie Konstytucji 3 maja.
Ale
na tym nie koniec. Książeczkę otworzywszy można było jeszcze przeczytać
autograf własnościowy, o takiej, zapierającej dech w piersiach, treści:
„d: 5 Lipca 17 91. Roku.
Odebrałam w Zameczku Dobrach moich dziedzicznych w Powiecie Opoczyńskim leżących,
tę konstytucją ustanowioną d: 3. Maja w zwyż wspomnianego Roku, z rąk Brata
mego rodzonego, Stanisława Małachowskiego Referendarza Koronnego, aktualnego
teraz Marszałka Seymowego, y generalney Konfederacey Oboyga Narodów, ten
szacowny Prezent, a iako z szacowney, y cnotliwey otrzymawszy go ręki, tak ten
klejnot: to iest tę konstytucią: ceny wszystkie przewyższające, Potomkom moim
do konserwaciy leguię, z tym obowiązkiem aby się temu z Potomków moich dostała
zawsze, który Dziedziczyć na Zameczku będzie, albo ieżliby przypadkiem te Dobra
w inny Dom weszły, zawsze temu Potomkowi się dostała, który Obywatelem w
Polskim będzie, a nie w zagranicznym nieszczęśliwie oderwanym od Polski Kraiu.
Karolina z
Małachowskich Grabieńska Starościna Stężycka ręką własną…”
Autorka
wpisu, Katarzyna Karolina Grabieńska, córka Jana Małachowskiego, kanclerza
wielkiego koronnego, powtórnie wyszła za mąż za Szczęsnego Czackiego z Porycka i
była matką samego Tadeusza Czackiego, założyciela Liceum Krzemienieckiego. Widać
z Opoczna wraz z właścicielką powędrowała na daleki Wołyń niewielka książeczka.
Pierwodruk Konstytucji.
Ksiądz
Mednis nie tylko ją jedną miał w swoich zbiorach. Gromadził wszystko, co
zabytkowe, począwszy od wspaniałej biblioteki, kolekcji obrazów, rycin a skończywszy
na damskiej, wielkiej urody dziewiętnastowiecznej torebce. Miał też w swojej
kolekcji starą francuską osiemnastowieczną kamizelę, którą odkrył w zniszczonej
kapie i dwóch ornatach. Ponieważ zajmował się szyciem ornatów (sic!) kapę i
ornaty popruł, a kamizelę odtworzył. Innym przedmiotem, który studenci
zapamiętali z tego pierwszego wyjazdu, był kielich (jeden z wielu przedmiotów
złotnictwa w kolekcji) ozdobiony ornamentem w postaci wstęgi regencyjnej znajdującym
się na stopie i czarze, ale z nodusem o formach XVIII-wiecznych. Typowy – jak
mówi Andrzej Betlej – „skręt”. Na stopie kielicha znajdował się interesująca
inskrypcja: „Ten Kielich Dany do Ołtarza Ar˜ Catedr˜ Lw˜ do P. JESUSA
Miłosierdzia od JMc. P. Mikołaia y Katarzyny Zientkiewiczów […] Jmc. X. Józe
P[?]iechowskiego[?] 17” .
Ksiądz Mednis odnalazł opis tego kielicha w monografii kościoła katedralnego
autorstwa Maurycego Dzieduszyckiego, gdzie został wymieniony w spisie
przedmiotów skonfiskowanych w 1807 r. przez rząd austriacki: „poz. 12: kielich
srebrny pozłacany z pateną dar Mikołaja i Katarzyny Ziętkiewiczów wartości 127 zł”.
Czyli powinien nie istnieć, dawno przetopiony. Ale skoro przetrwał, zapewne został
wykupiony jako szczególnie cenny. Po krótkim pobycie pod austriacką strażą
zachował jedynie cechę kontrybucyjną bitą przez probiernię lwowską.
Miał
też ksiądz bryty tkaniny lyońskiej znalezione gdzieś na strychu, przeżarte
nieco przez mole, a pochodzące z ozdobnego baldachimu ufundowanego przez arcybiskupa
Wacława Sierakowskiego dla katedry lwowskiej...
Gdy
już po śmierci księdza Mednisa Andrzej Betlej odwiedził Torczyn, gdzie ksiądz
się przeniósł, nikt nie wiedział, co się stało z Konstytucją. Zaginęła. Być
może jednak nie bezpowrotnie – takie przedmioty czasem wracają.
Pożary i
zgliszcza
W
tym samym roku – 1992 – grupa odnajduje w Jaworowie piękny obraz
przedstawiający Annę Samotrzeć,
wykonany na desce, a pochodzący z wieku
siedemnastego, w kościołach w Miżyńcu i Krysowicach freski Stanisława Stroińskiego
(mistrza malarstwa monumentalnego we Lwowie), rzeźby barokowe na strychu w
Mościskach, a w Samborze kielich augsburski z początku siedemnastego stulecia. W
roku 1993 rzeźby Jana Jerzego Pinsla z Budzanowa, które miały już nie istnieć,
odnajdują się mieszkaniu prywatnym na Wołyniu. Do tej pory znano je z jednej fotografii.
W
tym samym roku 1993 studenci dotarli do kościoła Bernardynów w Zbarażu. Kościół
bezustannie zalewany wodą, a w piwnicy bezcenne rzeźby, o których myśleli, że
już nie istnieją – autorstwa Antoniego Osińskiego, jednego z najwybitniejszych
snycerzy lwowskich. Są. Pływają w wodzie. Gdy je usiłowali wyciągnąć, rozpadły
się im w rękach.
Rok
1995, studenci inwentaryzują kościół w Wyżnianach, wciąż jeszcze pełniący
funkcje magazynu zbożowego. Prace polowe w całej pełni, robotnicy w nawie
głównej przesiewają zboże, kurzy się niemiłosiernie. A kościół, o dziwo, w pełni
wyposażony, co jest rzadkością. Konfesjonały ustawione na ołtarzu by było
miejsce na zboże, ale w głównym retabulum, jak i w bocznych, nadal stoją rzeźby
i wiszą obrazy. Jeden z nich, jak się zdaje, pełni tylko funkcje zasuwy, pod
nim powinien być inny, cenniejszy. Studentom udaje się wejść pod mensę i po
obluzowaniu kilku cegieł i desek zasuwa zjeżdża na dół, a pod nią ukazuje się przepiękny
obraz Matki Boskiej w typie Salus Populi Romani.
Idealnie zachowanej, w bogato pozłoconej drewnianej sukience. Złocenia
rozbłyskują jasnym światłem w tonącym w kurzu kościele, tym bardziej, że
kontrastują z purpurowym zetlałym aksamitem, którym obita jest nisza z płótnem.
A przed obrazem, w tej niszy, wciąż stoją zaschnięte kwiaty w wazonie,
zostawione zapewne w 1945 czy 1946 roku, gdy wyjeżdżali ostatni ekspatrianci. Kościół
i obraz studenci dokładnie opisują i fotografują. Kilka lat później Andrzej
Betlej ogląda aktualne zdjęcia wyżniańskiego kościoła. Nie ma w nim nic. Ani rzeźb,
ani obrazów.
Rok
1995 i Dunajów: miejscowy proboszcz skarży się na sypiące się freski. Co
głośniej chór zaśpiewa czy organy zagrzmią, to wiernym pył na głowy leci. Studenci
popatrzyli, wzięli gąbkę i przetarli freski a wtedy spod tych z początku wieku dwudziestego,
niezbyt wartościowych, ukazały się osiemnastowieczne, w pełnej krasie. Figura
pod figurą.
Troszkę
je odsłonili i zostawili. Jak wszystko inne.
Rok
1997, kościół w Kaczanówce. Przez lat kilkadziesiąt magazyn nawozów. Nie ma żadnego
już oryginalnego wyposażenia, jeno w zakrystii stoi stara szafa. Ponieważ już
nawykli wsadzać wszędzie nos, otwierają i szafę. Wewnątrz nie ma nic. Tylko na
ścianach jakieś stare zapiski ołówkowe – notatki z lat dwudziestych i
trzydziestych sporządzane przez zakrystian.
Jedna
z ostatnich: „17 września, rok 39 przyszli bolszewicy, zima była bardzo wielka,
bolszewicy ludzi wywozili dopiero w maju ludzie siali Benedyk”.
I
takich historii można opowiadać dużo. Jeżdżą do dnia dzisiejszego, już studenci
ówczesnych studentów, i zdarza się im nawet kupić, tak jak w Łucku w 2003 roku,
alabastrowy siedemnastowieczny nagrobek jednego z Radziwiłłów z Ołyki, który,
rzecz jasna przekazali kurii i wrócił z
powrotem do kolegiaty w Ołyce.
Nie
było roku, by czegoś nie znaleziono czy nie odkryto. A potem rzecz znikała, tak
jak z Młynisk sygnowana rzeźba działającego Rzymie Francesco Amadoriego,
zapewne pochodząca z pobliskiego pałacu, znaleziona w chaszczach
przykościelnych. Zabrać jej nie można, przekazać nie było komu, zatem opisano
ją, sfotografowano i schowano pod schodkami, przysypawszy gruzem. W roku 2008 w
czasie tzw. wyjazdu weryfikacyjnego sprawdzano stan faktyczny tuż przed publikacją
kolejnego tomu „Materiałów do dziejów sztuki sakralnej”
pomieszczano plon pracy: rzeźby już nie było. Tak jak wielu innych przedmiotów.
Znikają
też całe miasteczka. W Mariampolu zniknęło prawie wszystko, stoi co czwarty dom,
nie ma kościoła parafialnego, pozostało niewiele zabytków.
Aftanazy i profesor
Ostrowski porządkują
Zostają
tylko zdjęcia i opisy w „Materiałach do dziejów sztuki sakralnej”, teraz naukowcy
opracowują tom dziewiętnasty. Cała idea, wyjazdów i książki, narodziła się na
Wawelu. W roku 1991, – gdy na Ukrainie i u nas, mówiąc patetycznie, zaświtała
jutrzenka swobody, grupa krakowskich historyków sztuki na czele z profesorem
Janem K. Ostrowskim postanowiła zinwentaryzować zabytki, które ocalały jeszcze
na Wschodzie. Zobaczyć, co i gdzie ocalało. Bo jakkolwiek na to patrzeć, to
amputowana, ale jednak część naszej spuścizny kulturalnej. Przed laty podobną,
gigantyczną, rzecz można robotę, wykonał jeden człowiek: Roman Aftanazy, który
pracując, a przy okazji nieomal ukrywając się przed władzami, z benedyktyńską cierpliwością
gromadził wiedzę na temat pałaców i dworów kresowych. Rzecz cała zaczęła się
jeszcze przed wojną, gdy, jak się mówiło, rzemiennym dyszlem, czyli furmankami,
jeździł od dworu do dworu, dokumentując i fotografując. Aftanazy opublikował
wówczas kilkanaście artykułów o kresowych dworach pod pseudonimem jak z
Rodziewiczówny: Ksawery Niedobitowski. Publikował w prasie popularnej, w Ikacu
czy Asie, obszerne teksty, bogato ilustrowane zdjęciami. Potem pracował przez
całe swoje życie w Ossolineum, najpierw lwowskim, gdzie uczestniczył w
potajemnym przewożeniu do Polski nie zinwentaryzowanej części zbiorów, później
zaś brał udział w restytucji dzieł, które pozostały we Lwowie. To właśnie między
innymi dzięki jego staraniom udało się odzyskać Panoramę Racławicką. Po wojnie,
w latach sześćdziesiątych, usiadł za biurkiem. Pełnił funkcje kustosza Działu
Gromadzenia już we Wrocławiu, i sam, prywatnie, poza oficjalnymi strukturami także
gromadził: wiedzę na temat kresowych zabytków. Przez dwadzieścia z górą lat
szperał po bibliotekach i archiwach, pisał listy z prośbami o informacje i
zdjęcia do dawnych, rozproszonych po świecie całym właścicieli pałaców i
dworów, potem do ich spadkobierców, chyłkiem fotografował i pisał „Materiały do dziejów rezydencji”. Ta
monumentalna monografia opisująca losy tysiąca pięciuset obiektów, składająca
się, ni mniej ni więcej, z jedenastu tomów, ukazała się po wielu zabiegach
dopiero w latach 1986-1994. Sfinansował jej wydanie historyk sztuki Andrzej Ciechanowiecki
z Londynu, a nakład poszczególnych tomów wynosił zaledwie od 500 do 1000
egzemplarzy. Na większy nie zgodziła się cenzura…
Drugie
wydanie dzieła Aftanazego ukazało się natychmiast, gdy tylko stało się to
możliwe – w latach 1991-1997 – i nosiło tytuł już nie tak kryjący jak
poprzedni: „Dzieje rezydencji na
dawnych kresach Rzeczypospolitej”.
Roman Aftanazy był krakowskim historykom wzorem.
Postanowili zająć się zabytkami sztuki sakralnej, co nie znaczy, że pałace i
dwory omijali szerokim łukiem. Wszędzie, gdzie byli, notowali wszystko, co
zobaczyli i dokumentowali fotograficznie, dzięki czemu zlokalizowali też parę
obiektów pominiętych w pracy Aftanazego.
Już w roku 1998 – po tym, kiedy, jak pisał profesor
Ostrowski, dyrektor Zamku Królewskiego na Wawelu: „Rzeczy wykluczone w roku 1987
stawały się dopuszczalne w roku1988, a w roku 1989 zupełnie normalne” – zaczął
realizować swój autorski projekt badań na dawnych kresach. Syntezy historyczne
powstające w PRL nie uwzględniały dziedzictwa pozostawionego za wschodnią granicą,
a jeśli nawet o nim napomykały, to jedynie w oparciu o przedwojenne ustalenia. A
zostało tam ni mniej ni więcej jak 60% naszego dorobku! Jak wiadomo,
przejeżdżającym przez tereny Ukrainy i Białorusi Polakom przez cale lata nie wolno
było nawet wysiąść z samochodu, a w większości kościołów składowano zboże,
tworzono kina, domy dla chorych psychicznie, a w jednym z nich powstało nawet planetarium.
Wszystko, byle nie kościół.
Wyposażenie zaś składowano byle gdzie, przenoszono
do piwnic, na chóry lub, szczęśliwej dla rzeźb czy obrazów, do pobliskich
cerkwi. Tak, więc przed historykami sztuki nagle pojawiła się szansa zupełnie
unikalna w dzisiejszych, dobrze już opisanych czasach: mogli stać się odkrywcami,
nowymi Evansami, Schliemannami
czy nawet i Indianą Jonesem.
Profesor Ostrowski opracował zatem koncepcję
systematycznej inwentaryzacji, a podjął pomysł profesor Jacek Purchla z Międzynarodowego
Centrum Kultury, które stało się wydawcą następnej po dziele Aftanazego, monumentalnej
monografii: 18-tomowych już „Materiałów do dziejów sztuki sakralnej” oraz kilku
tomów materiałów z sesji naukowych pod zbiorczym tytułem „Sztuka kresów wschodnich”
wydawanych przez Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Mówi profesor Ostrowski:, „W jaki sposób i za jakie
pieniądze powstały tomy 1-3, musiałbym powiedzieć, że nie wiem”. Jak się zdaje,
główną siłę ekipy badawczej złożonej ze studentów i młodych pracowników nauki
stanowił entuzjazm i to, co wrzucili do kapelusza.
Później zdobyto granty naukowe i dofinansowania,
ale początkowo jeżdżono za własne. Zdarzało się, że rozpadającymi się wołgami (naturalnie
czarnymi) wynajętymi od miejscowych, a nocowano gdzie popadnie, nawet i na
stopniach ołtarza. Twardo, ale po przebudzeniu zdarzało się oglądać niczym
objawienie, na sklepieniach kościoła iluzjonistyczne
freski, tak jak to miało miejsce w Łopatynie.
Już w czasie pierwszego wyjazdu, poza poznaniem
zbiorów księdza Mednisa, co było fascynujące, ale jednak ciut poboczne, odkryto
dla polskiej historii sztuki dwa miejsca bardzo znaczące: w Dobromilu renesansowy
kościół Jana Baptysty Wenecjanina z pełnym wyposażeniem, co jest na tamtym
terenie absolutną rzadkością
oraz siedemnastowieczny kościół w Bruchnalu, wsi należącej do Szeptyckich, całkowicie
nieznany przykład architektury lwowskiej z pierwszej połowy XVII stulecia. Jak
to się stało, że Dobromil, który od granicy polskiej dzieliło zaledwie kilka
kilometrów, nie był znany historykom sztuki? Trudno sobie to wyobrazić, ale tak
było. Po powrocie do Polski zaczęło się szukanie materiałów źródłowych do
opracowania obiektów. Szczęśliwie archiwa kościelne oraz zakonne są w Polsce, i
to przeważnie właśnie w Krakowie. Gdy się szuka jednych materiałów, często znajduje
się inne, i tak od nitki do kłębka wiedza na temat obiektów sakralnych rosła i
przybywał tom za tomem. Aby zrekonstruować kształt, wygląd, stan
zachowania inwentaryzowanych kościołów na wschodzie ekipa badawcza prowadzi też
prace inwentaryzacyjne na ziemiach zachodnich. Często bowiem mieszkańcy
wywożeni ze swoich rodzinnych stron zabierali ze sobą całe wyposażenie
kościołów. Zatem – jeżdżą od Opola, Wrocławia, poprzez Legnicę pod Gorzów
Wielkopolski, a czasem nawet pod sam Szczecin, szukając rzeczy pochodzących z
terenów wschodnich.
Grupa krakowska planuje jeszcze tylko kilka
wyjazdów, tak aby powstały ostatnie zaplanowane tomy, potem praca będzie
skończona.
Ale obecnie jeżdżą już i inne zespoły: na Białorusi:
profesor Maria Kałamajska-Saeed ze studentami z Warszawy inwentaryzuje
tamtejsze zabytki, podobnie jak naukowcy z Instytutu Sztuki PAN, a grupa
Wojciecha Drelicharza z Instytutu Historii UJ zakończyła właśnie inwentaryzację
zabytków epigrafiki i heraldyki.
Na bazie ukraińskich wyjazdów powstało multum
doktoratów, prac magisterskich i habilitacji, jak praca habilitacyjna Piotra
Krasnego o architekturze cerkiewnej Rzeczypospolitej czy magisterium Michała KURZEJA
o kościele Bernardynów w Leszniowie na Wołyniu-nieznanym kościele, dziele Jana
Wolffa, budowniczego lubelskiego początku XVII wieku. Powstają zresztą kolejne,
jak na przykład o kolegiacie w Ołyce na Wołyniu….
W ciągu minionych lat wzbogacono ukraińską historię
sztuki, bo współpraca z tamtejszymi historykami układa się dobrze, im też
zależy na tych zabytkach, a polskich badaczy wspiera sam Borys Woznickij,
postać absolutnie niezwykła i zasłużona dla ratowania zabytków na Ukrainie, wiekuisty
dyrektor Lwowskiej Galerii Malarstwa.
Polską zaś historię sztuki przewartościowano,
uzupełniono o zupełnie nieznane fakty, postaci i arcydzieła. A cała stawka
krakowskich młodych naukowców przeżyła niezapomnianą przygodę pokoleniową.
Manula Kalicka
Chciałam serdecznie podziękować za pomoc przy
pisaniu tekstu prof,Andrzejowi Betlejowi.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz