środa, 6 stycznia 2016

Żal, żal, serce płacze…



Stara książeczka



W 1992 roku Andrzej Betlej trafił do Chodorowa na Ukrainie. Było upalne lato i pierwszy wyjazd grupy studentów historii sztuki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, która postawiła sobie ambitnie za zadanie: zinwentaryzowanie zabytków sakralnych na kresach.
 Czysta partyzantka. Fundusze własne, wyskrobane ze studenckich kieszeni, przelicznik dolara jednak taki, że można było wynająć autokar; ale już benzynę trzeba było kupować na czarnym rynku, co nie było ani łatwe, ani tanie, jako, że autokar palił jak smok a Ukrainie właśnie się przytrafił kryzys paliwowy.
Piętnaście osób w rozklekotanym autokarze.
Zaczęli prace inwentaryzacyjne. Zdjęcia, opisy i szperanie po chaszczach porastających przykościelne cmentarzyki i placyki. Jednym z ostatnich inwentaryzowanych kościołów był właśnie Chodorów.





 A tam istny skarbiec.
Ksiądz Augustyn Mednis – jak mówił o sobie, Kurlandczyk – spolonizowany Łotysz, gromadził wszystko, co stare. To, co się walało po chłopskich chałupach i zalegało na strychach i w szopach, a przede wszystkim, to, co znajdował w opuszczonych kościołach.
 - Chronię pamiątki kościoła uratowane z katastrofy Ojczyzny – powtarzał zawsze.
Jedną z rzeczy, które pokazał była niewielka książeczka. Jak do nabożeństwa. Przyniósł ją księdzu miejscowy organista, którego matka z Wołynia pochodziła.
On to właśnie tę książeczkę, starą bardzo, ofiarował księdzu, wiedząc, ze taka rzecz zapewne go zainteresuje. Pierwsza strona zaczynała się inwokacją:

„W IMIĘ BOGA W TROYCY ŚWIĘTEY JEDYNEGO”, ale dalej już o religii było niewiele. Data wydania: 1791 rok. Pierwodruk „Ustawy Rządowej”. Czyli „Prawa Uchwalonego 3. Maia, roku 1791” nakładem Drukarni Uprzywileiowaney M. Grolla.
Nie mniej ni więcej, było to pierwsze wydanie Konstytucji 3 maja.
Ale na tym nie koniec. Książeczkę otworzywszy można było jeszcze przeczytać autograf własnościowy, o takiej, zapierającej dech w piersiach, treści:
„d: 5 Lipca 1791. Roku. Odebrałam w Zameczku Dobrach moich dziedzicznych w Powiecie Opoczyńskim leżących, tę konstytucją ustanowioną d: 3. Maja w zwyż wspomnianego Roku, z rąk Brata mego rodzonego, Stanisława Małachowskiego Referendarza Koronnego, aktualnego teraz Marszałka Seymowego, y generalney Konfederacey Oboyga Narodów, ten szacowny Prezent, a iako z szacowney, y cnotliwey otrzymawszy go ręki, tak ten klejnot: to iest tę konstytucią: ceny wszystkie przewyższające, Potomkom moim do konserwaciy leguię, z tym obowiązkiem aby się temu z Potomków moich dostała zawsze, który Dziedziczyć na Zameczku będzie, albo ieżliby przypadkiem te Dobra w inny Dom weszły, zawsze temu Potomkowi się dostała, który Obywatelem w Polskim będzie, a nie w zagranicznym nieszczęśliwie oderwanym od Polski Kraiu.
Karolina z Małachowskich Grabieńska Starościna Stężycka ręką własną…”
Autorka wpisu, Katarzyna Karolina Grabieńska, córka Jana Małachowskiego, kanclerza wielkiego koronnego, powtórnie wyszła za mąż za Szczęsnego Czackiego z Porycka i była matką samego Tadeusza Czackiego, założyciela Liceum Krzemienieckiego. Widać z Opoczna wraz z właścicielką powędrowała na daleki Wołyń niewielka książeczka. Pierwodruk Konstytucji.

Ksiądz Mednis nie tylko ją jedną miał w swoich zbiorach. Gromadził wszystko, co zabytkowe, począwszy od wspaniałej biblioteki, kolekcji obrazów, rycin a skończywszy na damskiej, wielkiej urody dziewiętnastowiecznej torebce. Miał też w swojej kolekcji starą francuską osiemnastowieczną kamizelę, którą odkrył w zniszczonej kapie i dwóch ornatach. Ponieważ zajmował się szyciem ornatów (sic!) kapę i ornaty popruł, a kamizelę odtworzył. Innym przedmiotem, który studenci zapamiętali z tego pierwszego wyjazdu, był kielich (jeden z wielu przedmiotów złotnictwa w kolekcji) ozdobiony ornamentem w postaci wstęgi regencyjnej znajdującym się na stopie i czarze, ale z nodusem o formach XVIII-wiecznych. Typowy – jak mówi Andrzej Betlej – „skręt”. Na stopie kielicha znajdował się interesująca inskrypcja: „Ten Kielich Dany do Ołtarza Ar˜ Catedr˜ Lw˜ do P. JESUSA Miłosierdzia od JMc. P. Mikołaia y Katarzyny Zientkiewiczów […] Jmc. X. Józe P[?]iechowskiego[?] 17”. Ksiądz Mednis odnalazł opis tego kielicha w monografii kościoła katedralnego autorstwa Maurycego Dzieduszyckiego, gdzie został wymieniony w spisie przedmiotów skonfiskowanych w 1807 r. przez rząd austriacki: „poz. 12: kielich srebrny pozłacany z pateną dar Mikołaja i Katarzyny Ziętkiewiczów wartości 127 zł”. Czyli powinien nie istnieć, dawno przetopiony. Ale skoro przetrwał, zapewne został wykupiony jako szczególnie cenny. Po krótkim pobycie pod austriacką strażą zachował jedynie cechę kontrybucyjną bitą przez probiernię lwowską.
Miał też ksiądz bryty tkaniny lyońskiej znalezione gdzieś na strychu, przeżarte nieco przez mole, a pochodzące z ozdobnego baldachimu ufundowanego przez arcybiskupa Wacława Sierakowskiego dla katedry lwowskiej...
Gdy już po śmierci księdza Mednisa Andrzej Betlej odwiedził Torczyn, gdzie ksiądz się przeniósł, nikt nie wiedział, co się stało z Konstytucją. Zaginęła. Być może jednak nie bezpowrotnie – takie przedmioty czasem wracają.

Pożary i zgliszcza


W tym samym roku – 1992 – grupa odnajduje w Jaworowie piękny obraz przedstawiający Annę Samotrzeć,




 wykonany na desce, a pochodzący z wieku siedemnastego, w kościołach w Miżyńcu i Krysowicach freski Stanisława Stroińskiego (mistrza malarstwa monumentalnego we Lwowie), rzeźby barokowe na strychu w Mościskach, a w Samborze kielich augsburski z początku siedemnastego stulecia. W roku 1993 rzeźby Jana Jerzego Pinsla z Budzanowa, które miały już nie istnieć, odnajdują się mieszkaniu prywatnym na Wołyniu. Do tej pory znano je z jednej fotografii.
W tym samym roku 1993 studenci dotarli do kościoła Bernardynów w Zbarażu. Kościół bezustannie zalewany wodą, a w piwnicy bezcenne rzeźby, o których myśleli, że już nie istnieją – autorstwa Antoniego Osińskiego, jednego z najwybitniejszych snycerzy lwowskich. Są. Pływają w wodzie. Gdy je usiłowali wyciągnąć, rozpadły się im w rękach.
Rok 1995, studenci inwentaryzują kościół w Wyżnianach, wciąż jeszcze pełniący funkcje magazynu zbożowego. Prace polowe w całej pełni, robotnicy w nawie głównej przesiewają zboże, kurzy się niemiłosiernie. A kościół, o dziwo, w pełni wyposażony, co jest rzadkością. Konfesjonały ustawione na ołtarzu by było miejsce na zboże, ale w głównym retabulum, jak i w bocznych, nadal stoją rzeźby i wiszą obrazy. Jeden z nich, jak się zdaje, pełni tylko funkcje zasuwy, pod nim powinien być inny, cenniejszy. Studentom udaje się wejść pod mensę i po obluzowaniu kilku cegieł i desek zasuwa zjeżdża na dół, a pod nią ukazuje się przepiękny obraz Matki Boskiej w typie Salus Populi Romani. Idealnie zachowanej, w bogato pozłoconej drewnianej sukience. Złocenia rozbłyskują jasnym światłem w tonącym w kurzu kościele, tym bardziej, że kontrastują z purpurowym zetlałym aksamitem, którym obita jest nisza z płótnem. A przed obrazem, w tej niszy, wciąż stoją zaschnięte kwiaty w wazonie, zostawione zapewne w 1945 czy 1946 roku, gdy wyjeżdżali ostatni ekspatrianci. Kościół i obraz studenci dokładnie opisują i fotografują. Kilka lat później Andrzej Betlej ogląda aktualne zdjęcia wyżniańskiego kościoła. Nie ma w nim nic. Ani rzeźb, ani obrazów.
Rok 1995 i Dunajów: miejscowy proboszcz skarży się na sypiące się freski. Co głośniej chór zaśpiewa czy organy zagrzmią, to wiernym pył na głowy leci. Studenci popatrzyli, wzięli gąbkę i przetarli freski a wtedy spod tych z początku wieku dwudziestego, niezbyt wartościowych, ukazały się osiemnastowieczne, w pełnej krasie. Figura pod figurą.
Troszkę je odsłonili i zostawili. Jak wszystko inne.
Rok 1997, kościół w Kaczanówce. Przez lat kilkadziesiąt magazyn nawozów. Nie ma żadnego już oryginalnego wyposażenia, jeno w zakrystii stoi stara szafa. Ponieważ już nawykli wsadzać wszędzie nos, otwierają i szafę. Wewnątrz nie ma nic. Tylko na ścianach jakieś stare zapiski ołówkowe – notatki z lat dwudziestych i trzydziestych sporządzane przez zakrystian.
Jedna z ostatnich: „17 września, rok 39 przyszli bolszewicy, zima była bardzo wielka, bolszewicy ludzi wywozili dopiero w maju ludzie siali Benedyk”.
I takich historii można opowiadać dużo. Jeżdżą do dnia dzisiejszego, już studenci ówczesnych studentów, i zdarza się im nawet kupić, tak jak w Łucku w 2003 roku, alabastrowy siedemnastowieczny nagrobek jednego z Radziwiłłów z Ołyki, który, rzecz jasna przekazali kurii i wrócił  z powrotem do kolegiaty w Ołyce.
Nie było roku, by czegoś nie znaleziono czy nie odkryto. A potem rzecz znikała, tak jak z Młynisk sygnowana rzeźba działającego Rzymie Francesco Amadoriego, zapewne pochodząca z pobliskiego pałacu, znaleziona w chaszczach przykościelnych. Zabrać jej nie można, przekazać nie było komu, zatem opisano ją, sfotografowano i schowano pod schodkami, przysypawszy gruzem. W roku 2008 w czasie tzw. wyjazdu weryfikacyjnego sprawdzano stan faktyczny tuż przed publikacją kolejnego tomu „Materiałów do dziejów sztuki sakralnej” pomieszczano plon pracy: rzeźby już nie było. Tak jak wielu innych przedmiotów.
Znikają też całe miasteczka. W Mariampolu zniknęło prawie wszystko, stoi co czwarty dom, nie ma kościoła parafialnego, pozostało niewiele zabytków.

Aftanazy i profesor Ostrowski porządkują


Zostają tylko zdjęcia i opisy w „Materiałach do dziejów sztuki sakralnej”, teraz naukowcy opracowują tom dziewiętnasty. Cała idea, wyjazdów i książki, narodziła się na Wawelu. W roku 1991, – gdy na Ukrainie i u nas, mówiąc patetycznie, zaświtała jutrzenka swobody, grupa krakowskich historyków sztuki na czele z profesorem Janem K. Ostrowskim postanowiła zinwentaryzować zabytki, które ocalały jeszcze na Wschodzie. Zobaczyć, co i gdzie ocalało. Bo jakkolwiek na to patrzeć, to amputowana, ale jednak część naszej spuścizny kulturalnej. Przed laty podobną, gigantyczną, rzecz można robotę, wykonał jeden człowiek: Roman Aftanazy, który pracując, a przy okazji nieomal ukrywając się przed władzami, z benedyktyńską cierpliwością gromadził wiedzę na temat pałaców i dworów kresowych. Rzecz cała zaczęła się jeszcze przed wojną, gdy, jak się mówiło, rzemiennym dyszlem, czyli furmankami, jeździł od dworu do dworu, dokumentując i fotografując. Aftanazy opublikował wówczas kilkanaście artykułów o kresowych dworach pod pseudonimem jak z Rodziewiczówny: Ksawery Niedobitowski. Publikował w prasie popularnej, w Ikacu czy Asie, obszerne teksty, bogato ilustrowane zdjęciami. Potem pracował przez całe swoje życie w Ossolineum, najpierw lwowskim, gdzie uczestniczył w potajemnym przewożeniu do Polski nie zinwentaryzowanej części zbiorów, później zaś brał udział w restytucji dzieł, które pozostały we Lwowie. To właśnie między innymi dzięki jego staraniom udało się odzyskać Panoramę Racławicką. Po wojnie, w latach sześćdziesiątych, usiadł za biurkiem. Pełnił funkcje kustosza Działu Gromadzenia już we Wrocławiu, i sam, prywatnie, poza oficjalnymi strukturami także gromadził: wiedzę na temat kresowych zabytków. Przez dwadzieścia z górą lat szperał po bibliotekach i archiwach, pisał listy z prośbami o informacje i zdjęcia do dawnych, rozproszonych po świecie całym właścicieli pałaców i dworów, potem do ich spadkobierców, chyłkiem fotografował i pisał „Materiały do dziejów rezydencji”. Ta monumentalna monografia opisująca losy tysiąca pięciuset obiektów, składająca się, ni mniej ni więcej, z jedenastu tomów, ukazała się po wielu zabiegach dopiero w latach 1986-1994. Sfinansował jej wydanie historyk sztuki Andrzej Ciechanowiecki z Londynu, a nakład poszczególnych tomów wynosił zaledwie od 500 do 1000 egzemplarzy. Na większy nie zgodziła się cenzura…
Drugie wydanie dzieła Aftanazego ukazało się natychmiast, gdy tylko stało się to możliwe – w latach 1991-1997 – i nosiło tytuł już nie tak kryjący jak poprzedni: „Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej”.
Roman Aftanazy był krakowskim historykom wzorem. Postanowili zająć się zabytkami sztuki sakralnej, co nie znaczy, że pałace i dwory omijali szerokim łukiem. Wszędzie, gdzie byli, notowali wszystko, co zobaczyli i dokumentowali fotograficznie, dzięki czemu zlokalizowali też parę obiektów pominiętych w pracy Aftanazego.
Już w roku 1998 – po tym, kiedy, jak pisał profesor Ostrowski, dyrektor Zamku Królewskiego na Wawelu: „Rzeczy wykluczone w roku 1987 stawały się dopuszczalne w roku1988, a w roku 1989 zupełnie normalne” – zaczął realizować swój autorski projekt badań na dawnych kresach. Syntezy historyczne powstające w PRL nie uwzględniały dziedzictwa pozostawionego za wschodnią granicą, a jeśli nawet o nim napomykały, to jedynie w oparciu o przedwojenne ustalenia. A zostało tam ni mniej ni więcej jak 60% naszego dorobku! Jak wiadomo, przejeżdżającym przez tereny Ukrainy i Białorusi Polakom przez cale lata nie wolno było nawet wysiąść z samochodu, a w większości kościołów składowano zboże, tworzono kina, domy dla chorych psychicznie, a w jednym z nich powstało nawet planetarium.
Wszystko, byle nie kościół.
Wyposażenie zaś składowano byle gdzie, przenoszono do piwnic, na chóry lub, szczęśliwej dla rzeźb czy obrazów, do pobliskich cerkwi. Tak, więc przed historykami sztuki nagle pojawiła się szansa zupełnie unikalna w dzisiejszych, dobrze już opisanych czasach: mogli stać się odkrywcami, nowymi Evansami, Schliemannami czy nawet i Indianą Jonesem.
Profesor Ostrowski opracował zatem koncepcję systematycznej inwentaryzacji, a podjął pomysł profesor Jacek Purchla z Międzynarodowego Centrum Kultury, które stało się wydawcą następnej po dziele Aftanazego, monumentalnej monografii: 18-tomowych już „Materiałów do dziejów sztuki sakralnej” oraz kilku tomów materiałów z sesji naukowych pod zbiorczym tytułem „Sztuka kresów wschodnich” wydawanych przez Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Mówi profesor Ostrowski:, „W jaki sposób i za jakie pieniądze powstały tomy 1-3, musiałbym powiedzieć, że nie wiem”. Jak się zdaje, główną siłę ekipy badawczej złożonej ze studentów i młodych pracowników nauki stanowił entuzjazm i to, co wrzucili do kapelusza.
Później zdobyto granty naukowe i dofinansowania, ale początkowo jeżdżono za własne. Zdarzało się, że rozpadającymi się wołgami (naturalnie czarnymi) wynajętymi od miejscowych, a nocowano gdzie popadnie, nawet i na stopniach ołtarza. Twardo, ale po przebudzeniu zdarzało się oglądać niczym objawienie, na  sklepieniach kościoła iluzjonistyczne freski, tak jak to miało miejsce w Łopatynie.
Już w czasie pierwszego wyjazdu, poza poznaniem zbiorów księdza Mednisa, co było fascynujące, ale jednak ciut poboczne, odkryto dla polskiej historii sztuki dwa miejsca bardzo znaczące: w Dobromilu renesansowy kościół Jana Baptysty Wenecjanina z pełnym wyposażeniem, co jest na tamtym terenie absolutną rzadkością 



oraz siedemnastowieczny kościół w Bruchnalu,  wsi należącej do Szeptyckich, całkowicie nieznany przykład architektury lwowskiej z pierwszej połowy XVII stulecia. Jak to się stało, że Dobromil, który od granicy polskiej dzieliło zaledwie kilka kilometrów, nie był znany historykom sztuki? Trudno sobie to wyobrazić, ale tak było. Po powrocie do Polski zaczęło się szukanie materiałów źródłowych do opracowania obiektów. Szczęśliwie archiwa kościelne oraz zakonne są w Polsce, i to przeważnie właśnie w Krakowie. Gdy się szuka jednych materiałów, często znajduje się inne, i tak od nitki do kłębka wiedza na temat obiektów sakralnych rosła i przybywał tom za tomem. Aby zrekonstruować kształt, wygląd, stan zachowania inwentaryzowanych kościołów na wschodzie ekipa badawcza prowadzi też prace inwentaryzacyjne na ziemiach zachodnich. Często bowiem mieszkańcy wywożeni ze swoich rodzinnych stron zabierali ze sobą całe wyposażenie kościołów. Zatem – jeżdżą od Opola, Wrocławia, poprzez Legnicę pod Gorzów Wielkopolski, a czasem nawet pod sam Szczecin, szukając rzeczy pochodzących z terenów wschodnich.
Grupa krakowska planuje jeszcze tylko kilka wyjazdów, tak aby powstały ostatnie zaplanowane tomy, potem praca będzie skończona.
Ale obecnie jeżdżą już i inne zespoły: na Białorusi: profesor Maria Kałamajska-Saeed ze studentami z Warszawy inwentaryzuje tamtejsze zabytki, podobnie jak naukowcy z Instytutu Sztuki PAN, a grupa Wojciecha Drelicharza z Instytutu Historii UJ zakończyła właśnie inwentaryzację zabytków epigrafiki i heraldyki.
Na bazie ukraińskich wyjazdów powstało multum doktoratów, prac magisterskich i habilitacji, jak praca habilitacyjna Piotra Krasnego o architekturze cerkiewnej Rzeczypospolitej czy magisterium Michała KURZEJA o kościele Bernardynów w Leszniowie na Wołyniu-nieznanym kościele, dziele Jana Wolffa, budowniczego lubelskiego początku XVII wieku. Powstają zresztą kolejne, jak na przykład o kolegiacie w Ołyce na Wołyniu….
W ciągu minionych lat wzbogacono ukraińską historię sztuki, bo współpraca z tamtejszymi historykami układa się dobrze, im też zależy na tych zabytkach, a polskich badaczy wspiera sam Borys Woznickij, postać absolutnie niezwykła i zasłużona dla ratowania zabytków na Ukrainie, wiekuisty dyrektor Lwowskiej Galerii Malarstwa.
Polską zaś historię sztuki przewartościowano, uzupełniono o zupełnie nieznane fakty, postaci i arcydzieła. A cała stawka krakowskich młodych naukowców przeżyła niezapomnianą przygodę pokoleniową.
Manula Kalicka
Chciałam serdecznie podziękować za pomoc przy pisaniu tekstu prof,Andrzejowi Betlejowi.






Brak komentarzy: