Komedia romantyczna
to coś co kochają kobiety, a mają gdzieś męzczyzni.
Zrobienie dobrej komedii jest trudne, łatwo wpaść w banał, przesłodzić i jesli uda nam się na to wyciagnąc faceta, moze zacząć rzygac do kubka po popcornie. Na naszym rynku literatury babskiej jest ksiązek mnóstwo - ale gdybym miała wymienic jedną dobrą historię miłosną podrapałabym się w głowę i spasowała.Jedne są nazbyt płaskie, inne pisane prymitywnym językiem, w jeszcze innych mylona jest erotyka z romantyzmem.Filmy polskie to tez popłuczyny po zachodnich produkcjach, schemat, banał plus dowcipasy.
Stracilam nadzieję, ze trafię na coś do czytania z tej pólki, co serio mi sie spodoba.
I proszę -jak mówił Marivaux :nie można się zarzekać.
Ponieważ nieoczekiwanie znalazłam sie nad polskim morzem, po raz pierwszy od dobrych paru lat, pomyslałam, ze miast sunąc w oparach mgły pustą plazą przy wrzasku mew dodam sobie tego jakąś powieść do słuchania. I nieco muzyki. Poszperałam w folderach muzycznych i na ten tu klimat uznałam za najlepszy wybór Roby Lakotosa Live in Budapest. Temperatura sie od razu podnosi, gdy zaczynają dawac skrzypce. A do czytania, sama nie wiem czemu, kupilam audiobook autora, o ktorym nic nigdy nie słyszałam: Graeme Simsiona: "Projekt Rosie".
Nazwisko nie do zapamietania i tytuł taki sobie.
Opis: Don Tillman się żeni. Tylko nie wie jeszcze, z kim.Wdrożył więc Projekt „Żona” i opracował 16-stronicowy kwestionariusz, który ma wyłonić idealną partnerkę. Musi mieć przyzwoity zawód, nie może palić, pić alkoholu, a wśród jej cnót punktualność winna znajdować się w ścisłej czołówce.Tymczasem Rosie Jarman dorabia jako barmanka, pije, pali i notorycznie się spóźnia. Jest również inteligentna oraz piękna. I szuka swojego biologicznego ojca, a w tym Don Tillman, profesor genetyki, może jej służyć pomocą.Z Projektu „Żona” Don dowiedział się kilku ciekawych rzeczy. Na przykład, dlaczego wszystkie jego dotychczasowe znajomości kończyły się na pierwszej randce. Dlaczego szybkoschnąca odzież fitness nie nadaje się na kolację w restauracji. I dlaczego, pomimo wszelkich prób naukowych, nie da się znaleźć miłości - to miłość znajduje Ciebie.
Że ja sie za to wzielam nalezy tlumaczyć oslabieniem wiosennym, początkami demencji czy nieuwagą. Ale sie wzielam. I zachwycilam. Znakomita ksiazka.
Iscie wzorcowy przyklad jak nalezy pisac komedię romantyczną. Cos nieoczywistego, cos extra, uczucia, porazki, proby i sentyment. Taka mieszanka.W opisie nie podają, ze Don ma aspergera i jego walka o miłość i z sobą samym prowadzi do wielu zabawnych sytuacji, ale tez daje pretekst do rozwazań, z których mozemy wyciagnąć parę rzeczy także na własny uzytek.
Simsion wygrał tą ksiązką w 2012 australiską nagrodę dla niepublikowanego manuskryptu. Prawa sprzedał za drobne 1, 8 mln $ do 40 krajów świata. Jak wyczytałam w wujku googlu powstała część druga: "Efekt Rosie" i ukazała sie jesienią zeszłego roku.
Juz ostrzę pazurki.
Jak dla mnie 8/10
ps. zapomniałam dodać,ze książkę czyta - rewelacyjnie - Borys Szyc i być może, tak bardzo mi sie podobała dzieki jego interpretacji.
środa, 11 marca 2015
piątek, 6 marca 2015
Ulubiony dramaturg: Oleś Fredro:)
Kiedy odszedł z tego swiata Andrzej Łapicki, nie wspominałam go jako amanta, choć trzeba przyznać, że liczył sie do najprzystojnieszych facetów epoki. Peck, Newman, Brando. A u nas Łapicki,wiadomo.
Też nie jako aktora, bo wydawał mi sie zawsze ten sam.Co nie znaczy zły, ale po prostu był. Sobą.
Wielbiłam go za coś innego: reżyserię sztuk Fredry. Czuł go znakomicie, zrobił tych inscenizacji mnóstwo i kazda była swoistym arcydziełkiem, bo przecież i obsada przednia. Pracowicie nagrywałam spektakle teatru telewizji na, kurcze, video.
Strach teraz zajrzeć do tych kaset. Ostatnio siegnęłam po Ninoczkę Ernsta Lubitscha, kaszana z żółtymi plamami opadowymi, Destry znowu w siodle z komediową rolą Marleny i słodkim Stewartem - niebo na morzu północnym, jakieś cienie, faluje,zbliża się, zbliża, jak nic nadchodzi zagłada.
Po Fredrę juz nawet nie sięgam.Co się bedę denerwować.
Z tego uczucia do hrabiego, zabrałam się za pisanie o nim, bo nic lepiej nie porządkuje niż pisanie. Jak coś cię kręci- opisz to:)
Zatem opisałam i teraz się podzielę.
A na poczatek młody Fredro.
Fredry co chodzili na głowach
Pewna
zacna matrona wspominając Lwów z czasów swojej młodości opowiadała:,,Wtenczas
tu Fredry chodzili na głowach i nie można było się obrócić, aby się nie natknąć
na Fredrę. (..)
A
do tego jeszcze i takie wiersze pisali, że nawet starszym od nich uszy
trzeszczały.”
Trzeszczały,
i trzeszczą do dziś.
Braci
Fredrów było sześciu. Jan Maksymilian , Seweryn, Aleksander, Julian ,
Henryk i Edward .
A
do tego jeszcze trzy córki.
Ojcem rodu był Jacek Fredro – człek zaradny i
gospodarny. Ale takim być musiał, mając czeredę dzieci do wykarmienia i
niewielki tylko mająteczek położony w Bieszczadach-Cisnę, Rodzina się
powiększała, ale też i majątek się powiększał. Jacek Fredro nie miał żadnego
wykształcenia poza domowym i dlatego zapewne nie widział potrzeby posyłania
synów do szkół. Sprowadzał do domu nauczycieli, którzy uczyli albo i nie uczyli
synów. Aleksander Fredro wspominał jednego z nich Płachetkę niejakiego:
,,
Niech ci Bóg, przed którym stoisz przebaczy, ale ja nie mogę, żeś mój czas
najpiękniejszy zabił, zamordował bez litości. Książki w rękę nie wziąłem”
Zdolni
jednak musieli być, bo później nie tylko
Aleksander, ale i Jan Maksymilian odnosił sukcesy literackie.
Może
talenty odziedziczyli Fredrowie po antenatach – Andrzeju Maksymilianie Fredrze
kasztelanie lwowskim – wybitnym pisarzu politycznym i autorze wysoko cenionych
prac z zakresu wojskowości i Elżbiecie Drużbackiej wybitnej poetce epoki
baroku.
Uroda,
inteligencja i poczucie humoru braci Fredrów zjednywały im przychylność kobiet,
z której to z ochotą korzystali.
Romansów
mieli bez liku. Pomagała im też w tych romansach sława wojenna
Dwaj
najstarsi zaciągnęli się potajemnie w roku 1806 do wojsk księcia Józefa. Jan
Maksymilian został ułanem, a Seweryn szwoleżerem. Walczyli u boku Napoleona aż
do 1813 roku. Młodszy szesnastoletni Aleksander
gdy tylko mu wiek pozwolił też ruszył na
wojaczkę i został ułanem. Przebył wraz Napoleonem całą kampanie moskiewską.
To,
co zobaczył, co przeżył w tym czasie odcisnęło piętno na całym jego dalszym
życiu.
W
swoich pamiętnikach ,,Trzy po trzy” tak opisywał lata wojny,, Widziałem
padających pod koła, a nikt nie pomyślał, aby koła zatrzymać, łamiących lody,
tłukących się w otwartych toniach, a nikt ręki nie podał. Widziałem konie
gryzące z bólu skamieniałą ziemię, bo jakiś Szylok nowy wykroił z uda parę
funtów mięsa- skąpił jednego uderzenia nożem, widziałem rannych rzuconych na
drogę, bo zdrowszy, silniejszy zapragnął jego szkapy i podwózki. Widziałem
budynki podpalone ze złości i zawiści, że inni w nich pierwej znaleźli
przytułek’’ i dalej:,,broniono żebrzącemu odrobinę płomienia, który by swoją
słomą przeniósł do własnego barłogu. Niejeden na oświeconym tylko śniegu wlepił
oczy w ciepło, do którego nie śmiał się zbliżyć, a poranek zastał go bryłą
lodu”
Wydawałoby
się, że po takich przeżyciach Fredro powinien pisać tragedie, a nie być tym
pisarzem, który uratował, jak to określił Stanisław Koźmian, Polskę od
melancholii. Bracia Fredrowie przetrwali wojny, kampanię rosyjską, rany
wojenne, głód, chłód i poniewierkę, wrócili do Lwowa i rzucili się w wir zabawy
z całą dzikością i entuzjazmem cudem przywróconych do życia .
Romanse,
romanse- z mężatkami, pokojówkami, chłopkami i płatnymi strzygami – jak
nazywano wówczas prostytutki. Czasy napoleońskie to okres rozprzężenia
obyczajów.
Kodeks
Napoleona wprowadza rozwody, z których panie z tzw. towarzystwa korzystają
bardzo skwapliwie. Mąż, kochanek, jeden drugi, Nikogo to nie dziwi. No, może
jakichś prowincjuszy. Choroba francuska zwana francą szerzy się, ale nic to,
jedzie się do wód, poddaje kuracji i znów romanse. Nasz bohater też łapie
paskudne choróbsko, które leczy w Karlsbadzie Pisze:,, O! kochane kurwy
paryskie, niech was ruszy sumienie, oddajcie me soki, ja wam francę powrócę”.
Ten fragment dobrze oddaje styl jego obscenicznych kawałków, jędrny i dowcipny,
często jednak przekraczający granice przyzwoitości i dobrego smaku..
W obozach wojskowych tym, co pozwalało
przetrwać był żart, wygłup i dowcip. Często gruby i cyniczny. Aleksander, ale
też i Maksymilian już w czasie wojaczki pisali sprośne wierszyki, które
cieszyły się wśród kolegów wielkim wzięciem.
To właśnie od tych wierszyków aż uszy
trzeszczały zacnym lwowiakom. Nawet dziś, choć obyczaje się rozluźniły nie
nadają w większej części do cytowania. Ale…zacytujmy może ku przestrodze
młodzieży fragment Sztuki oblapania opisujący właśnie straszne skutki
francuskiej choroby, czyli syfilisu:
Szankier gorliwy
więcej działa szkody, Gdy główkę ściągnie piekącymi wrzody.
Wtedy się karmisz pigułki srebrnemi,
Smarujesz ciało maściami tęgiemi,
Usta cię świerzbią, a ząb zaś przy zębie
Jako klawisze latają po gębie.
I szczęście, jeśli przy końcu leczenia,
Nie trza złotego kupić podniebienia.
(Kończę już stawić te straszne obrazy,
Byś do jebania nie powziął odrazy.
Jeb, Młodzieńcze, jeb, lecz miej zwyczaj drogi,
Ze świecą kurwie patrzeć między nogi.
Zaiste
wojskowa to poezja.
Taki utworków machnął nasz poeta mnóstwo,
najbardziej znane to,, Piczomira, królowa Branlomani”- tragedia(!) w 3 aktach,
” Sztuka Obłapiania” i, przypisywana mu, XIII księga „Pana Tadeusza” opisująca
noc poślubną w Soplicowie a zaczynająca się takimi wersami:Pan Tadeusz wszedł pierwszy, drżącymi rękami
Drzwi za sobą zamknął, ach! nareszcie sami
Ach! Zosiu, ach! Zosieńko jak mi niewygodnie
Popatrz jak odstaje, popatrz na me spodnie.
Po zakończeniu wojen napoleońskich młodzi Fredrowie się wyszumieli i wkrótce zaradny ojciec, pan Jacek pogonił chłopców do pracy – robili kariery, żenili się, jakimś przypadkiem, zawsze bogato.
Aleksander osiadł na małym folwarczku, Jatwiegach, i przyuczał się do gospodarki. Szło mu zupełnie nieźle, jak się okazało głowę do interesów odziedziczył po ojcu, ale dużo nie dało się wyciągnąć z malutkiego spłachetka ziemi. By zarobić na rozrywki w czasie lwowskiego karnawału, polował i sprzedawał futerka lisów wilków czy zajęcy.
W tym samym czasie zaczął tworzyć komedie. Być może też dla grosza. Z teatrem zetknął się w Paryżu gdzie przebywał w okresie wojen napoleońskich, a i lwowski teatr był drugim domem dla ówczesnych młodych hulaków.
Pierwsza komedia z 1817 roku,,Intryga na prędce” nie odniosła sukcesu, ale już druga: ,,Pan Geldhab’’ weszła na stałe do repertuaru teatralnego ówczesnego Lwowa, a później Krakowa i Warszawy.
W tym czasie młody Aleksander się zakochał. Na zabój. W mężatce. W ogóle bracia Fredrowie lubili mężatki, rozwódki, separatki czy wdówki. Najlepiej zamożne, ładne i doświadczone.
Aleksander jednak miał trudniej. 23- trzyletnia Zofia z Jabłonowskich Skarbkowa była żoną jednego najbogatszych ludzi w Galicji, hrabiego Stanisława Skarbka, człowieka o fenomenalnym wprost talencie do interesów i niesłychanej głowie, pełnego energii, dowcipu i fantazji. Starszy o 20 lat Skarbek rozpieszczał swoją młodą żonę, dogadzał we wszystkich jej zachciankach.
Aż pojawił się rudowłosy Oleś Fredro, były wojak, autor sprośnych wierszyków i jednej wówczas, niezbyt zresztą udanej sztuki teatralnej, gospodarujący na wydzierżawionym od ojca niewielkim folwarczku. Tenże Oleś jak jakiś gimnazjalista założył się z kolegami, że uwiedzie piękną panią Skarbkową. Uwiódł, ale się zakochał i rozkochał też Zofię. Więc rozwód. Ale o to nie łatwo. Matka Zofii, hrabina Jabłonowska i cała jej rodzina sprzeciwiła się rozwodowi z lubianym, a co więcej wspomagającym ich w interesach Skarbkiem. Poeta cierpi. Cierpienie dobrze robi poecie, ale jak się okazuje, o dziwo, dobrze też robi komediopisarzowi.
Aleksander pisze komedie, jedną za drugą. Zofia stara się o rozwód, w czym pomaga jej dobry mąż. Może cenił talent swojego następcy? Skarbek był dyrektorem teatrów lwowskich i autorem dość kiepskich sztuk. Mądrym człowiekiem. Wspaniałomyślnym człowiekiem.
W 1822 roku udaje się panu Jackowi Fredrze uzyskać tytuł hrabiowski. To uwieńczenie jego drogi życiowej. Fredrowie z szlachty wchodzą w krąg arystokracji. Synowie się żenią. Dobrze się żenią. Córki znajdują utytułowanych mężów. Tylko Aleksander pisze sztuki i kocha się mężatce. Ale tytuł przysługuje także Aleksandrowi. Aleksander hr. Fredro brzmi lepiej niż jakiś tam Fredro z Jatwięg.
Sława literacka też dodaje splendoru osobie kandydata na męża. W 1826 roku ukazuje się pierwszy tom Komedii Aleksandra hr. Fredry. Rodzina Jabłonowskich powoli mięknie. Zakochani czekają już przeszło 10 lat na rozwód. Bardzo długo. W roku 1828 umiera Jacek Fredro. Aleksander staje się spadkobiercą całkiem ładnej fortuny, a wieść gminna niesie, że pani Skarbkowa jest przy nadziei. Sprawy nabierają tempa. Pani Zofia jedzie do Wiednia do cesarza i udaje jej się uzyskać wreszcie upragniony rozwód. Wieloletnie uczucia zostają wynagrodzone i kochankowie pobierają się w 1829 roku. Przeżyją ze sobą 37 lat kochając się ponoć tak jak w pierwszych dnach poznania. Zofia jest idealną partnerką dla Aleksandra, pierwszą czytelniczka jego sztuk, przyjaciółką i powierniczką. Na pewno też taką kochanką, jakiej potrzebował. Lata tuż po ślubie to najpłodniejsze lata w twórczości pisarza. Powstają wtedy Zemsta, Śluby panieńskie, Dożywocie. Młoda para osiada w Beńkowej Wiszni, rodzą się dzieci, z których dwoje umiera, ale dwoje przeżywa: Jan Aleksander, który w przyszłości pójdzie w ślady ojca i będzie tworzył niezbyt jednak udane dramaty i Zofia – zdolna malarka, późniejsza hrabina Szeptycka
Czy Fredro zawsze chętny do tworzenia erotycznych nawet pornograficznych wierszyków romansował po ślubie, zdradzał żonę? Nic o tym nie wiadomo. Był przykładnym ojcem i mężem. Kochał bardzo dzieci i rodzinę, która zawsze trzymała się razem. Wszyscy bracia pozostawali ze sobą w dobrym kontakcie poza Henrykiem, który jakby odbił, pod wpływem być może żony, od reszty familii. Fredro był przykładnym mężem acz nie lekkim. Dopada go rodzinna choroba artretyzm. Z biegiem lat ma ona coraz cięższy przebieg. Poeta cierpi, leczy się, ale bez rezultatu Ma napady depresji, a nawet furii. Potrafi cisnąć w kucharza talerzem, spoliczkować służącego. Jest melancholijny, depresyjny, rozgoryczony a równocześnie pisze wesołe komedie. Gdy spotykają się one z krytyką łamie pióro.
Przestaje pisać.
Wybiera spokojną wiejską egzystencję. Szczęśliwe życie hreczkosieja i szlachcica. Robi interesy. Zawsze z powodzeniem. Nie jest skąpy, ale i nie jest też rozrzutny. Jest człowiekiem wyważonym. Umie żyć łącząc w życiu przeciwieństwa. Burzliwą młodość i spokojne rodzinne bytowanie. Działalność polityczną dość zresztą umiarkowaną i działalność literacką. Robi interesy, gra na giełdzie, podróżuje. Po pewnym czasie wraca do pisania, ale tworzy tylko do szuflady.
Jest już uznanym dramaturgiem, spotyka się z hołdami i admiracją. Nikt jednak nie może go skłonić do upublicznienia zawartości swojej słynnej szuflady.Oddaje majątek Beńkową Wisznię we władanie synowi i przenosi się do Lwowa, gdzie kupuje dworek. Bywają u niego tylko najbliżsi przyjaciele i dyrektorzy teatrów proszący o te nowe zamknięte na trzy spusty w słynnej szufladzie sztuki.
Zawsze odmawia. Nie chce się na narażać na krytyki. Na zakłócenie spokojnego sielskiego życia, które prowadzi. Nękany atakami co raz silniejszej podagry, choroby rodzinnej pod koniec życia nie może nawet utrzymać pióra w ręku.W 1876 umiera otoczony rodziną, umiera spokojnie podczas snu.
wtorek, 3 marca 2015
Historia nazwisk polskich czyli nomen omen
Ponieważ wyczerpałam nieco swój limit wizyt w teatrze - obietnica noworoczna- raz w miesiącu- a byłam już w tym roku cztery razy, więc tym razem postanowiłam pójść na łatwiznę.
Dawno, dawno temu napisałam artykuł o nazwiskach w Polsce. Temat zacny, wiele osób interesujący - zatem kompaktowa historia nazwisk w Polsce.
Pytania przyjmuję po lekturze:)
NOMEN est OMEN
Masz za raki - powiedział Stanisław August
Poniatowski nobilitując swego kucharza
dając mu nazwisko Mazaraki.
To legenda, do której rodzina Mazaraki raczej
się nie przyznaje, tylko wiedzie swe korzenie ambitnie, od greckich
protoplastów.
Koncepcja nazwiska jako
elementu identyfikacji prawnej pojawiła się w polskiej myśli prawniczej dopiero
w drugiej połowie osiemnastego wieku.
Wcześniej nazwiska były, ale nie dla wszystkich i jakby nie do końca.
Zresztą nawet i wtedy nie wprowadzono
prawa czy obowiązku posiadania nazwisk.
Zrobiły to dopiero państwa
zaborcze, którym zależało na szybkiej i
sprawnej identyfikacji obywateli.
Tureccy, Firlej, Rej - szlachta to hej, hej.
Ale zanim woźny Turecki mógłby się pod jakiś herb
szlachecki podczepić, były imiona.
Bulla Gnieźnieńska z 1136 roku wymienia ok. trzysta
imion własnych takich jak
Witosza, Pożdziech, Dobek, Będziech. Te
niezbyt wyszukane imiona na razie wystarczały. Ludzi było niewielu i
żyli w oddalonych od siebie osadach i skupiskach.. Później jednak robiło się co
raz trudniej. Trzeba było jakoś odróżniać jednego Czyrzniela od drugiego,
jednego Okrzosa od innego. Zaczęto więc dodawać przezwiska czy przydomki. De
Małogost - z Małogoszczy czy filius Marci - syn Marka przybliżały osobę.
Nowak oznaczało człowieka
Nowego, a Boczniak tego, co mieszkał na uboczu. Ten co ze Śląska przyszedł, to
był Ślązak, a ten co z Holandii Olęderczyk. Kowal był Kowalem, a że było to
rzemiosło popularne w owych latach, stąd nam się tylu tych Kowalskich wzięło. Syna Kowala określano mianem
Kowalczyka, Kowalczykiem był też pomocnik kowala, więc Kowalczyków też u nas co
niemiara.
Tworzono przezwiska od nazw
zwierząt, roślin, cech charakteru, miesięcy. Takie przezwiska były i
szlacheckie i chłopskie. Był chłop Łoś i
hrabia Łoś, chłop Żaba i szlachcic Żaba. Tak, jak w czasach szkolnych
przydomków, fantazja różnymi tu chodziła drogami, i n p. Rusin wcale nie z Rusi pochodził, a jeno
używał często wyrażenia - Tyś taki jak Rusin. I jego samego nazywano Rusinem.
Zagadkowe nazwisko Alabe
powstało od wady wymowy pastuszka, który wolał - A Labe gąski, a Labe - zamiast
- nad Rabę. To przykłady z
jednej podkrakowskich wsi. Gdzie
indziej działo się podobnie. Nazwisko naszego noblisty Władysława Rejmonta
też się wywodzi od takiego przezwiska.
Jego przodek, Baltazar, był jeńcem szwedzkim w okresie potopu. Często
pokrzykiwał - A niech was rejment diabłów porwie- Ten rejment to przekręcony
regiment.
Z tego powiedzonka
wyprowadzono najpierw przezwisko, a później nazwisko. Pisarz, by je sobie
uszlachetnić, zmienił jedną literkę i z Rejmenta powstało Rejmont.
Później te
przezwiska, określenia odmiejscowe zaczęły powoli pełnić funkcję
nazwisk.
Ostrog, Skarbek, Hwalibóg
Ba, zacna to szlachta dali bóg
Owszem zacna to była
szlachta. Ale Polacy, nie wiedzieć czemu pokochali końcówkę - ski.
No, ostatecznie mogło być cki.
Ten typ nazwiska powstawał
od nazw miejscowości, może więc ta
namiętność wiązała się z przywiązaniem szlachty do ziemi? Tego, co mieszkał w
Woli nazwano Wolskim, a tego, co w Łęczycy, Łęczyckim.
Właściciel kilku wsi mógł używać kilku
nazwisk, nawet bracia, z których każdy miał swoją wioseczkę, nosili często inne
nazwiska.
Z żonami, jak to z żonami, kłopot był jeszcze
większy. Zwały się one niekiedy i po ojcu, i po mężu i po majątku.
Czasami w ogóle nazwiska nie
nosiły.
Tak jak Zofia, której na
nagrobku napisano Sophia de Sprowa, Stanislai
Odrowąż filia. A więc Zofia ze Sprowy, córka Stanisława Odrowąża.
Podobnie pisało się wiele niewiast. Synowa
poety Wacława z Potoka Potockiego podpisywała się Aleksandra ze Stogina
Potocka.
Mężczyźni żeniąc się, niekiedy zmieniali nazwisko na
nazwisko żony lub po prostu tworzyli nowe, od nazwy majątku w który wchodzili.
Synowie też przyjmowali albo nazwisko ojca albo matki albo jeszcze jakieś inne,
które im do smaku przypadło.
Już w drugiej połowie
piętnastego wieku przydomki czy nazwy odmiejscowe zaczynają zanikać. Już się
nie pisze czy mówi Johannes de Wola tylko Wolski, nie pisze się Czcibor dictus
Gęba tylko Czcibor Gęba.
Nazwiska na ski rezerwuje dla
siebie szlachta i od tego czasu aż po dzień dzisiejszy stają się one bardzo
pożądane. Szlachta o nazwiskach przydomkowych czy przezwiskowych masowo zmienia
je na inne, te zakończone na ski. Zanika więc w tym czasie dużo pięknych
archaicznych nazwisk, choć niekiedy wracają. Tak jak to się zdarzyło z nazwiskiem familii Wierzbięta. Pod wpływem mody na ski zmienili je, niezbyt fortunne, na Pszyszowscy, ale później
zreflektowali się i wrócili do starego, szlachetniejszego miana.
Wiele jednak rodzin wybiera te na ski i już przy nich pozostaje. Pisze o tych
zmianach niejednokrotnie Paprocki w swoim herbarzu - ,, Dom Wielopolskich starodawny, których
przodki Bochnarami zwano"
Co ambitniejsi mieszczanie i
chłopi też pragną mieć nazwisko na ski, przybierają więc tę końcówkę lub
tworzą zbitki takie jak Gwiazdomorski,
twór całkowicie sztuczny czy Ruzamski odwrócone nazwisko Mazur z nieodzownym dodatkiem -końcówką ski.
Łukasz Górnicki autor ,,Dworzanina
Polskiego" był mieszczańskim synkiem, jak pisano w owych
latach, i jego ojciec nazywał się po
prostu Góra. Syn wykształcił się i
zmienił nazwisko na lepsze.
Chęć posiadania nazwiska na - ski to nie fanaberia, już w
szesnastym wieku tego typu końcówka
ułatwiała życie, nobilitowała. Chłopi i mieszczanie nie mieli praw
politycznych, byli traktowani gorzej, pewne kariery były przed nimi zamknięte.
Stąd pęd do przeniknięcia za wszelką cenę do wyższej grupy społecznej.
Zamożniejsi z nich kupują kawałek ziemi czy jakąś wioseczkę, albo przekupują po prostu ubogiego szlachetkę by ich adoptował, i tym sposobem,
chyłkiem, często zmieniając nawet miejsce zamieszkania, wślizgują się w szeregi
szlachty.
To tak bardzo oburza zdeklasowanego drobnego
szlachcica, niejakiego Waleriana Nekandę Trepkę, że pisze on
sławne ,,Liber Chamorum "- Księgę Chamów i za cel życia stawia
sobie demaskowanie chłopów i mieszczan, którzy
usiłują się wkraść w szeregi nobili. Trepka jeździ więc po wsiach i
miasteczkach, skrzętnie notując pomówienia, plotki, ba, organizuje sobie nawet sieć informatorów, i z zapałem
demaskuje : ,,Chroślicki - jest tam
mieszczanin w tych Chroślicach, co trzej tam Chroślickich są. Co wiedzieć kto
byli przedtem, tylko, że spłachcie pokupili w Chroślicach i nazwali się z tego. Jeden Bujało Chroślicki, drugi Kołczut
Chroślicki, trzeci Jerzy" albo
,, Gniewnickim nazwał się rzeźnik z Krakowa,
który wołmi kupczył i od Śląska bogaty był, aże kupił w krakowskiej ziemi
Gniewiecin, z czego zwał się Gniewickim(synowie kupili Bużenin i zwali się
Bużeńskimi)"
,,Liber Chamorum'' zawiera
ponad 2500 nazwisk osób, które różnymi drogami
przeniknęły w szeregi szlachty. Choć było to dziełko w dużym stopniu nierzetelne, opierające się na pogłoskach,
plotkach uważano je za tak
kompromitujące, że przez szereg lat blokowano kolejne wydania. Jeszcze nawet w okresie międzywojennym były
problemy z jego publikacją.
Każda kopka to Konopka,
Każdy krzaczek to Korczaczek
Bałagan panował gigantyczny.
Drobnej szlachty było mrowie. Trzeba było to towarzystwo jakoś odróżniać. Ale
co tu mówić o szlachetkach, jak i wielkie domy magnackie używały wielu nazwisk
i długo na żadne nie mogły się zdecydować.
Sapiehowie, którzy ród swój wiedli od Semena Sopihy lub Sopeha, pisarza
przywilejów Wielkiego Księstwa Litewskiego. używali początkowo kilku wersji
tego nazwiska takich jak Sopeha, Sopeżyc i z ładnych kilkadziesiąt lat
potrwało, zanim ostatecznie ustalili swoje nazwisko na Sapieha.
Podobnie Radziwiłłowie zwali
się przez jakiś czas Radziwiłlowiczami i Radziwiłłami. Aby zaś odróżnić jednego Radziwiłła od drugiego
posługiwano się przydomkami, których mieli multum- Stary, Czarny, Sierotka czy
Jałmużnik i wiele, wiele innych jeszcze.
Nie ma co się więc dziwić, że podobne przydomki
spotykamy dość często także wśród
drobnej, bardzo rozrodzonej, szlachty
zaściankowej.
Pisał o tym Mickiewicz w
,,Panu Tadeuszu" :
,,Mężczyznom czasem kilka
dawano przydomków
Na znak pogardy albo szacunku
współziomków"
I wymienia rozliczne nazwania
zaściankowych Dobrzyńskich z Dobrzynia.
W wieku piętnastym powstaje też cała duża grupa nazwisk od herbowych, typu
Akszak herbu Akszak, albo Mikulicz herbu Mikulicz, Korczak herbu Korczak.
Szlachta zaczyna dołączać przydomki herbowe do nazwisk,
chcąc się odróżnić od innych rodzin,
często nieszlacheckich, a noszących to samo nazwisko. Tak powstają nazwiska
typu Lis Olszewscy czy Nowina
Konopkowie. Ten snobizm był początkowo wyśmiewany, ale jak to ze snobizmami
bywa, przetrwał całe lata aż do dnia dzisiejszego.
Pisał o tym Bartoszewicz w
,,Łykach i Kołtunach": ,,Potomkowie drobnej szlachty starają się tymi
przydomkami imponować, co raz częściej spotykamy się z nimi w nekrologach,
ogłoszeniach ślubnych. To, co dowodzi pochodzenia z nizin szlacheckich, ma w
naiwnym mniemaniu świadczyć o starożytności i znaczeniu rodu."
Nieszlachta
oczywiście też ochoczo sięga
po herby i herbowe nazwiska. Wyśmiewa
się z takich nuworyszy niezawodny Nekanda Trepka pisząc :
,, Pytano takiej szlachty
dictusowej, którego herbu jest? On powiedział mój herb jest podkowa i krzyż, a
ojca mego dwa krzyże, dziada mego kotle ucho: tu znać idiotę było.."
Bystroń w swojej znakomitej
pracy ,,Nazwiska Polskie" przytacza
anegdotę o przydomku Jork.
Rodzina Gostkowskich nosząca
ten przydomek uległa germanizacji i drobny szlachcic został hrabią pruskim
Yorck
I dalej, poszedł już na
całość, i wywiódł sobie angielskie parantele.
Pukszta, Szukszta, Łuciata, Puciata są to kpy z całego
świata.
W drugiej połowie piętnastego wieku kościoły
zgodnie z ustaleniami Soboru Trydenckiego
zaczynają prowadzić księgi parafialne. Panuje w nich duża dowolność,
niemniej jednak przyczyniają się one do pewnej stabilizacji przezwisk,
nazwisk czy przydomków mieszczan i
chłopów.
Pierwszymi dokumentami
potwierdzającymi i ustalającymi nadanie nazwiska były indygenaty szlacheckie
czyli nadanie szlachectwa polskiego obcej szlachcie i nobilitacje czyli po
prostu nadanie szlachectwa. Często przy tej właśnie okazji lub potwierdzając
szlachectwo, zgodnie z ustaleniami konstytucji 1603 i 1613 roku, zmieniano
nazwisko na lepiej brzmiące.
Do czasów zaborów istnieli jednak ciągle
ludzie, którzy nie mieli nazwisk i zupełnie dobrze funkcjonowali społecznie.
Byli to przede wszystkim chłopi. Przywiązani do majątków na których pracowali,
nie mobilni, aż po przełom wieku osiemnastego i dziewiętnastego nie mieli
nazwisk, tylko imiona i często
przydomki.
Drugą taką grupę stanowili
Żydzi. Podobnie jak chłopów, określano ich imionami i przydomkami, lub nazwą
funkcji, którą pełnili. Zajmowali zwyczajowo
handlem, część z nich była piśmienna, a jednak nie posiadali nazwisk.
Nie przeszkadzało to im widać w interesach. Nawet, gdy zmieniali wiarę na
chrześcijańską nie dostawali nazwiska, tylko samo imię pod którym funkcjonowali
w społeczeństwie. Czasami dołączali do imienia przezwisko: Jankiel Karczmarz
czy rudy Moszek.
Jak podaje Majer Bałaban,
historyk żydowski, w czternastym wieku
obok imion biblijnych nosili Żydzi imiona polskie, nawet tak słowiańskie jak Witosława czy Detko.
Świadczyło to o silnej w owym czasie asymilacji z ludnością miejscową.
Niestety, proces asymilacyjny został
zahamowany przez napływ wielkich mas
uciekinierów, Żydów prześladowanych w Niemczech Czechach, Hiszpanii a nawet Turcji. Zamieszkiwali oni
razem, wielkimi grupami, i stworzyli
swoiste getta narodowościowe. Coś podobnego do naszego Jackowa w Chicago. W
obrębie dzielnic takich jak Kazimierz krakowski można było swobodnie
funkcjonować nie tylko bez nazwiska, ale i bez znajomości języka polskiego.
Nazwiska istniały oczywiście
w obiegu wewnętrznym, w grupie. Często niemieckie, hiszpańskie lub żargonowe. Tworzono też kalki nazwisk polskich dodając na
przykład końcówkę ski do imienia np. Mojzesowski lub końcówkę odojcowską icz np. Ickiewicz. Żydowskie nazwiska
pierwotne składały się przecież z imienia i imienia ojca. Np.Dawid ben Abram,
więc zlepki typu patronimicznego, od
ojcowskie, były jak najbardziej naturalne.
Popularne były też nazwiska odmiejscowe typu
Poznański czy Bytomski. Wiele nazwisk tworzono od zawodu i tak np. powstały:
Efraim Cukiernik czy Josełe Złotnik.
Nazwiska nie były stałe, nie były nazwiskami w naszym
pojęciu, odchodzono od nich często, z
różnych przyczyn: zmiany zawodu czy miejsca zamieszkania. Podobnie jak i u
Polaków, wszystko było płynne, ojcowie często
nosili inne miano niż synowie, żony często nie miały w ogóle nazwiska.
Od roku 1787 w zaborze
austriackim zaczyna obowiązywać patent cesarski nakazujący nadanie nazwisk
ludności żydowskiej. Śladami Austriaków podążają Prusacy.
Jak pisze Bystroń ,,Zaczęły
się orgie pomysłowości biurokratycznej" Powstają specjalne komisje które
mają za zadanie nadawać nowe nazwiska.
Pewną ilość nazw własnych w języku niemieckim
zachowano bez zmian, ponieważ jednak ustawa nakazywał nadawanie nazwisk
niepowtarzalnych, pomysłowość urzędników nie miała żadnych hamulców i Żydzi
dostawali w zamian za stosowne opłaty efektowne nazwiska typu - Goldberg,
Goldwasser, Silberstein czy Perl. Złote nazwiska były droższe niż srebrne, czy
pochodzące od metali nieszlachetnych
takie jak Eisen czy Eisenmann.
Innym, uboższym, bezkarni
urzędnicy nadawali uwłaczające albo
wulgarne nazwiska w języku niemieckim. To były takie dziwnotwory jak
Kanałowyzapach, Pluskwianasknera czy Zaśpiewajmicoś.
Szczególnie wsławił się swoją pomysłowością pracujący w jednej z
takich komisji wybitny niemiecki poeta E.T. Hoffman, autor uroczego ,,Dziadka
do Orzechów"...
Pod koniec dziewiętnastego
wieku wszyscy Żydzi polscy w zaborach austriackim i pruskim mieli już nazwiska,
choć przeważnie w wersji
niemieckiej i to często obelżywej.
Lang, Zyler, Szulc, Hundorf, Szembeki, Boimcy
I ci są szlachtą, chociaż zowią się jak Niemcy
W Królestwie Polskim w roku
1821 Żydzi zostali zobowiązani do złożenia w magistracie deklaracji jakie
nazwisko przybierają. Można było też bez problemu zmienić nazwisko, dzięki
czemu, częściowo zmieniano nazwiska uwłaczające, nadane w zaborach pruskim i
austriackim. Pozostało jednak i powstało mnóstwo nazwisk zabawnych czy
egzotycznych typu: Telefon, Alfabet, Kałamarz, Różanykwiat.
Na chrzcie, do roku 1850
można było przybrać nie tylko nowe imię, ale i nazwisko. Korzystali z tego
chętnie asymilujący się Żydzi polonizując swe nazwiska, by zatrzeć pochodzenie.
Warto tutaj też wspomnieć o
bardzo dużej grupie neofitów, którzy na Litwie, zgodnie z doktryną Franka,
zostali ochrzczeni i uszlachceni. Przybierali oni nazwiska sztuczne typu
Krysiński, czy od miesiąca w którym się odbył chrzest np. Majewski,
Czerwiński lub też, zaznaczając swa
dobrą wolę do zmiany religii, nazywali się Dobrowolskimi.
Nie znaczy to oczywiście, że
wszyscy Czerwińscy czy Dobrowolscy są pochodzenia żydowskiego. Równolegle funkcjonowały
szlacheckie i mieszczańskie nazwiska tego typu.
Niektóre z nowo powstałych
nazwisk żydowskich były prostymi kalkami starych mian żydowskich np. Lewikowscy
czyli z rodu Lewiego, czy chociażby nazwisko najwybitniejszej rodziny
frankistowskiej, Wołowskich, które było
kalką ich żydowskiego nazwiska Szor czyli Wół.
Z biegiem czasu na Litwie
konwersje stają się masowe. Żydzi zmieniający wiarę dostają nie tylko nowe
nazwiska, ale także nobilitację. Wiele znamienitych rodzin przyjmuje
nowoochrzczonych do swego herbu i rodziny. W ten to sposób Fajga Brodacz w r.1847 staje się Julią
Kazimierą Łubieńską, po ojcu chrzestnym biorąc nazwisko, a był nim hr. Henryk
Łubieński, a Michel Józefowicz przyjęty do herbu przez Hlebickich daje początek
linii tej rodziny noszącej nazwisko Józefowiczów - Hlebickich. Takich swoistych
adopcji dokonywanych przez magnaterie było bardzo wiele.
W późniejszym okresie ok.
6000 tys. neofitów litewskich zamieniło prawa szlacheckie na prawo
zamieszkania w Warszawie, która była miastem
zamkniętym dla Żydów. Wnieśli oni do
cara podanie z prośbą o zgodę na osiedlenie w zamian za rezygnację z praw
szlacheckich. I taką zgodę otrzymali.
Szczuka, Karp i Ślisz
Nie ryby to, i tych pisz..
Wiek XIX to wiek
ustabilizowania nazwisk. Przeprowadzono
spisy ludności i zreformowano zapisy ksiąg metrykalnych. Zazwyczaj legalizowano
istniejące już wcześniej nazwiska czy przydomki. Tym grupom społecznym, które
nazwisk nie posiadały nadawano nowe nazwiska.
Rządy zaborcze przeprowadziły
również legitymizację szlachectwa. Część szlachty straciła wówczas prawa
szlacheckie, bo nie miała stosownych
dokumentów, pieniędzy, ani głowy, by załatwiać skomplikowane formalności
prawne.
Natura nie lubi próżni, więc
pojawiło się od razu dużo rodzin które przypucowywały się, jak mówił lud, do
starych herbów i rodzin.
Sprytni prawnicy
powoływali świadków, tworzyli
wyimaginowane rodowody. Tym procederem zajmował się między innymi ojciec Adama
Mickiewicza, Mikołaj, prawnik.
Przy okazji stworzył fikcyjne genealogie dla swojej rodziny i
rodziny żony, Barbary z Majewskich, dzięki czemu dał zatrudnienie całym
pokoleniom mickiewiczologów, którzy dojść nie mogą, czy Mickiewicze to
prawdziwa szlachta i czy Majewscy to neofici.
W XX wieku nazwiska były już
w zasadzie stałe. Zmieniano je czasami ze względu na znaczenie, starając się
zatrzeć ludowe, wulgarne, czy żydowskie brzmienie. Niekiedy zmieniano je też ze
snobizmu. Leon Białkowski podaje następujące zmiany nazwisk w XX leciu
międzywojennym :
Pan o nazwisku Latałło
zmienił je sobie na Latallo(akcent włoski proszę..), Kwasigroch na Quasgroh,
a Likiernik na L'Iquernik.
Rekord snobizmu pobił jednak niejaki Walenty
Modras, który przybrał nazwisko Władysław de Maudrass.
W
Drugiej Rzeczypospolitej ciekawą, nigdzie indziej w świecie nie
spotykaną grupę nowo powstałych nazwisk stanowiły tzw. nazwiska wojenne.
Legioniści w pepesowskiej
konspiracji posługiwali się pseudonimami. W 1921 sejm przychylił się do ich
podań i na podstawie ustawy z tegoż roku
mieli prawo przybrać do nazwiska legionowy pseudonim. Korzystali z tego
przywileju ochoczo, i powstały wówczas tak znane nazwiska łączone jak Orlicz -Dreszer,
Rydz- Śmigły, Scewola-Wieczorkiewicz czy Norwid-Neugebauer.
Przy tej okazji posiadacze
mniej wdzięcznych nazwisk zamieniali je na bardziej efektowne, legionowe,
i tak n p. Maślanka staje się
Grudzińskim, a Leń Ziemiańskim.
W PRL wydano przepisy, które zakładały stałość
nazwiska. Nie wolno było samowolnie zmieniać jego pisowni, nie wolno dodawać
przydomków. Jednak, jak zawsze, pewne zmiany nazwisk następują.
Przede wszystkim, po traumie wojny Żydzi
masowo zmieniają nazwiska na nowe, często te, które nosili w czasie okupacji, i
tak właśnie popularna pisarka, Izabella Gelbard, staje się wówczas Czajką, przybierając
nazwisko kowala, który ją ocalił. Wielu innych czyni podobnie.
Na skutek tych zmian
właściwie zupełnie zanika malownicze
żydowskie nazwisko. Zbiór używanych w Polsce nazwisk ubożeje.
Znikają też przydomki szlacheckie czy
legionowe. Zaciera się szlacheckość
nazwisk. Robi się tak jakoś tak szaro i
przaśnie.
Komuniści
zadekretowali też, że Polska będzie państwem
jednonarodowym. I zabrali się
do dzieła z wrodzoną energią. Na Śląsku, Kaszubach i Mazurach zaczęto
przymusowo przywracać polskie brzmienie niemieckim nazwiskom. Scholtyschik
stawał się Sołtysikiem a Gering Pietrzakiem. Czasem zmieniano tylko końcówkę i
tak pojawili się panowie Szmitkowski i Hartmanowski, i inni. Znany trener
bokserski Feliks Stamm stał się wówczas Sztamem.
Po upadku komunizmu, po roku
1989 wiele rodzin przypomniało sobie o istniejących przed wojną przydomkach
i przyłączyło do nazwisk herby czy
legionowe zawołania. Janusz Mikke stał się więc Korwinem - Mikke
i podobnie uczyniło wiele
innych osób.
Franciszek Starowieyski dodał do nazwiska drugi człon
Biberstein, tak jak brzmiało
jego nazwisko przed wojną.
Kaszubi masowo powrócili do
nazwisk kaszubskich, a Ślązacy do niemieckich.
Brakuje tylko nazwisk żydowskich, ale jak napisał Ludwik Stomma dzięki
temu, wszyscyśmy Żydzi,
przynajmniej niektórzy tak
sądzą, ale naprawdę dlatego, że tych, którzy je nosili prawie już w
Polsce nie ma. Holocaust i miotła. Ale to juz całkiem inna historia...
Tu wypada dać monidło. A więc fota ksiązki Bystronia, ktorego nazwisko zapewne było ...przydomkowe, jako że wyjatkowo był udanym człekiem. Czytałam gdzieś o nim, ze zmarł na nieleczony syfilis. Ukrywał sie z nim. No coż, jak pisał Boy- paraliż postepowy najzacniejsze trafia głowy.
niedziela, 1 marca 2015
Warlikowski, zegarmistrz światła kolorowy - czyli Opowieści Afrykańskie
Otello jako czarnoskóry amerykański generał?
Czemu nie:)
Symetria doskonała.
Każda postać ma kontrpostać, przedmiot - drugi przedmiot, racja - inna opozycyjną rację.
Scenografia podkresla symetrię.
Pózniej rzeczy sie rozmywają, wracają i znów płyną.
Ale może my, po prostu tracimy uważnoŚć, wciagnięci w sidła fabuły?
Krzysztof Warlikowski poważył sie na rzecz karkołomną: inscenizację trzech sztuk Szekspira:"Kupca Weneckiego", "Otella" i "Króla Leara". Od sceny z tego ostatniego dramatu zaczyna się spektakl.
Król każe swoim córkom mówić, jak go kochają. To nie ten Lear,którego znamy, tragiczny ojciec, to tyran,despota i psychopata. Adam Ferency gra wszystkich trzech tytułowych bohaterów. Wyzwanie naprawdę nieliche.
Ze sceny na scenę, z sekwencji na sekwencję musi się zmieniać, bo historie się przeplatają, dopowiadają i stawiają nas wobec koniecznosci szukania klucza czy odpowiedzi. Aktorowi udaje sie fenomenalnie przejść od jednego bohatera do drugiego, grać ich nieco inaczej, co jest zaiste akrobatycznym wyczynem - tworca spektaklu wydobywa z bohaterów szekspirowskich, to co najgorsze, nie budzą oni naszej litości.
Otello, Shylock i Lear są oprawcami.
W grze Ferencego są zniuansowani.
Sa innymi osobami,zawsze jednak podłymi.
Godne wspolczucia sa ich kobiety.
Ale zanim akcja nas do nich zaprowadzi sztuka skupia sie na problemie wykluczenia, stereotypów i stygmatyzownaia obcego czy słabszego - w wypadku Leara tym, co go gubi jest starość. Żyd Shylock jest równie winny jak jego oponent i ofiara Antonio.
Otello nie kocha Desdemony - on ją ma.
A Lear wykorzystywał Cordelię. Tak.
Kobiety są słabe i uwikłane, kazda z nich szuka bezpieczeństwa i miłosci,której nie dostaje. Samcy są tylko samcami.
Nie mają nic do dania.
Warlikowski, jak to Warlikowski, wrzuca jeszcze do tygla powieść Coetzego Lato z monologiem dr Fliegl o przegapionej, przetraconej szansie na miłość.
Wszyscy tu przegrywają, kobiety giną,jak Desdemona, uciekają, jak Cordelia czy Portia. Męzczyzni ponosza karę, tak jak Szekspira każe.
Ale czy to cos zmienia?
Warlikowski nie osądza, otwiera nam pudełka i zagladamy do nich i mamy za zadanie o tym mysleć.
To nie czcze sztuczki, tylko rzetelne i swieze spojrzenie na Szekspira, wygenerowanie z niego naszej, wciąż, niestety, wspólczesności.
Świetny spektakl. Bez znużenia siedzi się na widowni ponad pięc godzin, sledząc losy bohaterów, szukajac rozwiazań, zadając sobie pytania.
Rzecz sie kończy, podobnie jak napisał pewien krytyk o Weselu, wesołym oberkiem czyli Stanisława Celińska uczy nas salsy, nas i bohaterów spektaklu. Zatracają sie wszyscy w tańcu prawie chocholim, powtarzając wciąz od nowa te same ruchy i kroki.
To tyle.
Moznaby jeszcze długo,wiele pytań pozostało bez odpowiedzi, niektore sceny sa zagadką, inne sie zacierają. Byłoby dobrze móc zobaczyc to przedstawienie jeszcze raz.
Ale czy dałabym radę? Chyba nie.
Marzyłaby mi się kaseta z nagraniem, chetnie bym ją pokoneserowała wieczorami i złapała wiecej nitek w tym labiryncie Warlikowskiego. Jest w jego teatrze zegarmistrzowska precyzja, krązymy miedzy trybikami, kółkami -wszystko drga i sie kreci.
Dobrze by było na chwilę zatrzymać mechanizm, popatrzec, moze rozłozyc na częsci.
Tak. Bardzo bym chciała miec dvd ze spektaklu. Czemu nie ma zwyczaju nagrywania speklaktli teatralnych? Może inni też by mieli ochotę popatrzeć jak majstrowana jest sztuka.
piątek, 27 lutego 2015
Mama Muminków
Wszyscy kochamy Muminki.
Być może to pochopne załozenie, ale przyjmijmy,że tak.
Zatem sięgamy z zainteresowaniem po biografię Boel Westin "Tove Jansson: Mama Muminków"
wydaną przez wydawnictwo Marginesy.
Książka wygląda nader smacznie, duże brawa dla grafika. Czytałam w kindlu, więc byłam pozbawiona przyjemnosci obcowania z papierem,zdjeciami i własnie grafiką.
I z Tove Jansson. Ale tu już kindle niewinny.
Jest jej w tej książce niewiele, mimo iż książka równie gruba jak Jansson chuda i tak naprawdę ta garść informacji, które miałam na temat pisarki niespecjalnie się powiekszyła.
Mam zwyczaj, że nie czytam nic na temat tego, co czytam: czy oglądam,
Kolejność jest taka: Czytam, myślę, czytam, tym razem recenzje.
Ostatnio udało mi się wykombinować myśl złotą: wiekszość ludzi mówi, nie widząc, a widzi to, o czym słyszy. Zatem, syndrom ucieczkowy od powtarzania przyjetych opinii spowodował,że siegnęłam po ksiązkę nic o niej nie wiedząc.
Koło 70 strony monotonnej narracji rozkładajacej na czesci, miedzy innymi, peturbacje przy doborze niebieskosci okładki( 5 str plus minus) róznych detali technicznych tyczacych kontaktów z wydawcami( nigdzie nie jest lepiej- info dla pesymistów) jednak średnio interesujacych,przynajmniej w tym opakowaniu, dla przeciętnego czytelnika biografii, doszłam do wniosku,że to zapewne jest doktorat. Nie umawiałam się na czytanie doktoratu. Ale niech. Skoro,
Koło 300 strony autorka potwierdziła. Tak, to jest to doktorat.
Mam często wrazenie, ze doktoraty pisza ludzie mało lotni, ale dokładni. Tu to widać, ba, kiedy siegnełam po recenzje dowiedziałam się, że Westin ma już profesurę.
Metodyka. Moze zniszczyć kazdy utwor.
Zatem, jest to biografia, z ktorej mimo iz Tove zostawiła mnóstwo listów, zapisków, szpargałów, nie dowiemy się jakim Tove była człowiekiem, jaka była Finlandia i owa epoka w Finlandii, kraju mało znanym, a Jansson jest jego chyba najlepszym towarem eksportowym, więc okazja była przednia, by sprzedać i Tove i Fnlandię. Nie poznamy srodowiska malarzy i pisarzy czasu Tove, tej szansy nam autorka nie daje. Nie ma tam nic , co mozna wpleść w biografię, jeśli się o niej pomyśli ciut szerzej. Historii Finlandii z okresu wojny, a skadinąd, nie stąd, przecież, wiemy, że ciekawie było.Wojna zimowa, te sprawy.Walczył brat i ojciec Tove, więc pretekst był.Ba, Tove ma traumę wojenną. Ale czemu, tego już nam profesor Westin nie wyjasniła.Pewnie w papierach nie było.
Autorka evidentnie utonęła w szpargałach i nie umiała ich posegregować. Nie wiem, może nie mogła pisać o Tove i jej życiu prywatnym, a moze nie chciała, jednak najpewiej: nie umiała.
Mozna miec profesurę i być drętwym jak język tej ksiązki - to jest, taki przypadek.
Szkoda.
środa, 25 lutego 2015
Szczury, bardziej Kleczewskiej niż Hauptmanna
W sobotę udało się wyskoczyć na Szczury Kleczewskiej. Robiliśmy zamach na Kabaret Warlikowskiego, ale dawali tylko pierwszą część. Druga ponoć w czerwcu dopiero.
Wygląda na to, ze rozsypała się obsada. Ale ad rem:
Naturalistyczny z 1911 roku dramat niemieckiego noblisty w bardzo nowych dekoracjach. Na scenie duzo się dzieje, duzo się dzieje bez sensu. Przedstawienie jest idealnie w opozycji do przekazu "Idy". Czysty barok teatralny.
Para, przedstawiana w recenzjach jako klasa srednia, rodzenstwo, nie małzenstwo, zabiera dziecko ukrainskiej sprzataczce. Klasa srednia w osobie brata granego, swietnie, przez Michała Czachora, nosi dresy baardzo dresiarskie i zachowuje się jak element. No,może. Ale to łatwe, ale to tanie. Czachor gra szycem. Bardzo ładnie. Ukrainka( Karolina Adamczyk) ponizana i pomiatana usiluje odzyskać dziecko, co konczy sie morderstwem. U Hauptmana tą wykorzytaną i poniżaną jest Polka Paulina. Tu zamienia sie w Polinę. Karolina Adamczyk gra tak naturalistycznie, ze byłam pewna że to prawdziwa Ukrainka. Jazdy czy mowiac mniej precyzyjnie :monologi ma tak odjechane jak baba z bazaru na św. pamięci różycu czy też św pamięci Hanka Bielicka.
Ponieważ watek obyczajowy, nawet okraszony morderstwem, to za mało dzisiaj na spektakl w teatrze, zaczyna sie bicie piany czyli to, co tworcy teatralni lubia najbardziej ; zjadanie własnego ogona. Cytowana ze sceny jest Joanna Szczepkowska, i jej tekst o lobby gejowskim , wypowiedzi Englerta,Żebrowskiego, Kozuchowskiej i Małeckiego.
Czy cos z tego wynika? Dla widza? Raczej nie.Siedzimy na widowni ogłuszeni, część przekazu odczytujemy, część nie. Chwilami zakrada się nuda, którą zapewne rezyserka czuje i wtedy włącza fajerwerki, projektor multiplikuje obraz, potem częsć sceny zostaje symbolicznie zabetonowana, wiec nie widzimy co i jak. Bardzo metaforycznie. Aktorzy sie rozbierają - tu przyrodzenie Czachora stanowi pewną ożywczą atrakcję, potem się zaś pojawia Jezus, a jakże, i bijemy dalej pianę spychając ją ku nieszczęsnym widzom.
Chcecie igrzysk, to je macie. Skumbrie w tomacie.
Głos w dyskusji? Nie sadzę.
Wszystko zostało już powiedziane i nudaa nudaa nudaa.
Wygląda na to, ze rozsypała się obsada. Ale ad rem:
Naturalistyczny z 1911 roku dramat niemieckiego noblisty w bardzo nowych dekoracjach. Na scenie duzo się dzieje, duzo się dzieje bez sensu. Przedstawienie jest idealnie w opozycji do przekazu "Idy". Czysty barok teatralny.
Para, przedstawiana w recenzjach jako klasa srednia, rodzenstwo, nie małzenstwo, zabiera dziecko ukrainskiej sprzataczce. Klasa srednia w osobie brata granego, swietnie, przez Michała Czachora, nosi dresy baardzo dresiarskie i zachowuje się jak element. No,może. Ale to łatwe, ale to tanie. Czachor gra szycem. Bardzo ładnie. Ukrainka( Karolina Adamczyk) ponizana i pomiatana usiluje odzyskać dziecko, co konczy sie morderstwem. U Hauptmana tą wykorzytaną i poniżaną jest Polka Paulina. Tu zamienia sie w Polinę. Karolina Adamczyk gra tak naturalistycznie, ze byłam pewna że to prawdziwa Ukrainka. Jazdy czy mowiac mniej precyzyjnie :monologi ma tak odjechane jak baba z bazaru na św. pamięci różycu czy też św pamięci Hanka Bielicka.
Ponieważ watek obyczajowy, nawet okraszony morderstwem, to za mało dzisiaj na spektakl w teatrze, zaczyna sie bicie piany czyli to, co tworcy teatralni lubia najbardziej ; zjadanie własnego ogona. Cytowana ze sceny jest Joanna Szczepkowska, i jej tekst o lobby gejowskim , wypowiedzi Englerta,Żebrowskiego, Kozuchowskiej i Małeckiego.
Czy cos z tego wynika? Dla widza? Raczej nie.Siedzimy na widowni ogłuszeni, część przekazu odczytujemy, część nie. Chwilami zakrada się nuda, którą zapewne rezyserka czuje i wtedy włącza fajerwerki, projektor multiplikuje obraz, potem częsć sceny zostaje symbolicznie zabetonowana, wiec nie widzimy co i jak. Bardzo metaforycznie. Aktorzy sie rozbierają - tu przyrodzenie Czachora stanowi pewną ożywczą atrakcję, potem się zaś pojawia Jezus, a jakże, i bijemy dalej pianę spychając ją ku nieszczęsnym widzom.
Chcecie igrzysk, to je macie. Skumbrie w tomacie.
Głos w dyskusji? Nie sadzę.
Wszystko zostało już powiedziane i nudaa nudaa nudaa.
wtorek, 24 lutego 2015
Ida - 24 lutego
"Ida" - Obejrzałam wczoraj, dopiero teraz, bo dojście do filmu ambitnego zajmuje mi wiecej czasu niż skok na coś rozrywkowego.
Pierwsze wrażenie: absolutnej czystości. Przekazu, obrazu i gry. Bez sztuczek, po bożemu. Dawno nie widziałam tak zrobionego filmu, sztuki czy ksiązki.
Historia: tez mimo iż sklejona z kilku innych, uniwersalna i jasna. Przynajmniej dla mnie. Naczytałam się w zyciu mnóstwo zydowsko polskich historii i dzwięczały mi one w uszach, gdy oglądałam film, szukałam też tych antypolskich akcentów i nie znalazłam.
Tak było, bywało.
Może jedynie to, że Ida została w klasztorze jest mało prawdopodobne, to, że jej nie odebrano, kiedyś dawno w 46 czy 48 roku, bo dzieci zydowskie były pieczołowiecie zbierane i odbierane, nawet siłą, gdy ich opiekunowie nie chcieli się z nimi rozstać.
Droga Idy to próba, wejście w inny, zły świat, doświadczenie miałkości i małości. I powrót do świata bez świata. Dotkniecie czyjejś bezsensownej egzystencji, myślę tu o zyciu ciotki, która tak naprawdę odeszła dawno temu. I tylko trwa.
Ciotka jest postacią zagadkową i nieco dziwnie skonstruowaną, czy prawdziwą psychologocznie?
Troche tak, trochę nie- jak to w filmie czy literaturze.
Z jednej strony, jak rozumiem, poszła walczyć, ok. choć oddział partyzancki, na kielecczyżnie, który przyjąłby zydówkę zapewne było trudno znależć. A powiedzmy.
Zyje z poczuciem winy i utraty. Jej bliscy zostali zamordowani. Czy gdyby była, trwała z nimi, obroniłaby ich? Może. Staje się aparatczykiem, prokuratorem sadów wojskowych czasów stalinowskich, haniebne zajęcie w owych czasach.
Sądzac po próbce jej pracy ukazanej w filmie wykonuje swoją robotę jak automat, jest za szklaną szybą.
Tak mogło być, bo przecież nie zyje, od dawna nie zyje. Czemu jednak się nie msci ? Zostawia sprawę morderstwa samą sobie, nie szuka siostrzenicy.Bo nie zyje? Umarła dawno już temu. Chyba tak. Może to własnie ten watek, wątek Heleny Wolińskiej, bo zapewne to ona zainspirowała przy budowaniu postaci Wandy. mieszkajacego w GB rezysera tak denerwuje prawicowców.
Tu jej postać się jakoś tłumaczy, znamy motywacje.
Czy tak było w wypadku Wolińskiej. Czy ona dawała się wytłumaczyć? Choć wytłumaczenia nie ma. Czy jest odkupienie? W Idzie tak.
Pierwsze wrażenie: absolutnej czystości. Przekazu, obrazu i gry. Bez sztuczek, po bożemu. Dawno nie widziałam tak zrobionego filmu, sztuki czy ksiązki.
Historia: tez mimo iż sklejona z kilku innych, uniwersalna i jasna. Przynajmniej dla mnie. Naczytałam się w zyciu mnóstwo zydowsko polskich historii i dzwięczały mi one w uszach, gdy oglądałam film, szukałam też tych antypolskich akcentów i nie znalazłam.
Tak było, bywało.
Może jedynie to, że Ida została w klasztorze jest mało prawdopodobne, to, że jej nie odebrano, kiedyś dawno w 46 czy 48 roku, bo dzieci zydowskie były pieczołowiecie zbierane i odbierane, nawet siłą, gdy ich opiekunowie nie chcieli się z nimi rozstać.
Droga Idy to próba, wejście w inny, zły świat, doświadczenie miałkości i małości. I powrót do świata bez świata. Dotkniecie czyjejś bezsensownej egzystencji, myślę tu o zyciu ciotki, która tak naprawdę odeszła dawno temu. I tylko trwa.
Ciotka jest postacią zagadkową i nieco dziwnie skonstruowaną, czy prawdziwą psychologocznie?
Troche tak, trochę nie- jak to w filmie czy literaturze.
Z jednej strony, jak rozumiem, poszła walczyć, ok. choć oddział partyzancki, na kielecczyżnie, który przyjąłby zydówkę zapewne było trudno znależć. A powiedzmy.
Zyje z poczuciem winy i utraty. Jej bliscy zostali zamordowani. Czy gdyby była, trwała z nimi, obroniłaby ich? Może. Staje się aparatczykiem, prokuratorem sadów wojskowych czasów stalinowskich, haniebne zajęcie w owych czasach.
Sądzac po próbce jej pracy ukazanej w filmie wykonuje swoją robotę jak automat, jest za szklaną szybą.
Tak mogło być, bo przecież nie zyje, od dawna nie zyje. Czemu jednak się nie msci ? Zostawia sprawę morderstwa samą sobie, nie szuka siostrzenicy.Bo nie zyje? Umarła dawno już temu. Chyba tak. Może to własnie ten watek, wątek Heleny Wolińskiej, bo zapewne to ona zainspirowała przy budowaniu postaci Wandy. mieszkajacego w GB rezysera tak denerwuje prawicowców.
Tu jej postać się jakoś tłumaczy, znamy motywacje.
Czy tak było w wypadku Wolińskiej. Czy ona dawała się wytłumaczyć? Choć wytłumaczenia nie ma. Czy jest odkupienie? W Idzie tak.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








